CZYTELNIA 

Deadline (XIV)

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Dochodziła pierwsza w nocy. W opustoszałej redakcji skrzypnęło krzesło w pokoju sekretariatu redakcji. Paliła się tylko mała lampka na biurku Zabrodzkiego, okno było otwarte i panował przenikliwy ziąb. Zabrodzki siedział skupiony, wpatrzony w ekran. Kliknął właśnie w zakładkę „amatorskie” na swoim ulubionym portalu, gdy brzdęknął mu sygnał czatu na gmailu. Spojrzał zdziwiony, bo nigdy nie używał tego narzędzia.
– Cze.
Na pomarańczowo pulsowało okienko w dolnym rogu strony jego prywatnej poczty mailowej. Imię i nazwisko, które wyświetliło się w nagłówku w pierwszym momencie nic mu nie mówiły, dopiero po chwili skojarzył.
– Słucham.
Odpisał sztywno i nieprzyjaźnie, i nieruchomy czekał na odpowiedź.
– O, jaki poważny:) Pan Redaktor :)
zapulsowało okienko
– Pracuję
Odpisał.
– Nie pracuj tyle bo cię zjedzą złe krokodyle:)
– ha ha
– już lepiej. Potrzebujesz rozrywki
– a skąd ty wiesz czego ja potrzebuję
– każdy potrzebuje, poza tym, przecież wiem, że umiesz się zabawić
Patrzył w ekran, nie odpisał.
Okienko znów zamigotało
– ty mnie nie pamiętasz? Teraz już mam mniej zleceń, bo tu nie mam dostępu do materiałów, ale jeszcze niedawno regularnie dla nich pracowałam
I znów
– to zabawne spotkać w pracy kogoś od dziewczyn
Zacisnął zęby i poczuł pot spływający po skroni, mimo zimna w pokoju.
– nie chodzę tam już
– jasne!:)))

Błyskawicznie wyświetliła się odpowiedź. I pomarańczowa ikonka zrobiła się szara. Rozmówczyni wylogowała się z czatu. Zabrodzki patrzył na ostatnie zdanie i nie był nim ubawiony, ani trochę. Minęła druga. Na korytarzu zaszurał wózek ekipy sprzątającej biurowiec, trzasnęły drzwi wyjściowe.

Konrad Korzycki nie spał. Dawno wyszedł z wanny, ale do sypialni nie dotarł. Znów siedział na dywanie w salonie. Z głową opartą o bok fotela, z wygodnie wyciągniętymi nogami, patrzył w ścianę, lecz jej nie widział. Słodki zapach haszu gęstniał w pokoju, a Bob Dylan śpiewał: you’re gonna make me lonesome when you go. Migała zielona dioda odtwarzacza, poza tym w pokoju było ciemno. Wysłał Ani maila, i kilka sms’ów. To nic, że nie odpowiada. Odpowie gdy zechce. Znów wziął telefon do ręki i pisał:
a ja tak plyne mam cie na sobie patrze na penisa ty patrze na dlon ty patrze na brzuch ty czuje mi sie usta twoje na calym ciele patrze w swoja glowe ty…

Gdy na drugi dzień w powoli zapełniającej się redakcji Mariolka minęła Korzyckiego w holu nawet jej nie zauważył. Zdziwiona spojrzała za nim. To już chyba drugi tydzień jest taki nie z tego świata. Wzruszyła ramionami, może z powodu kryzysu ma kłopoty, pewnie ma kredyt jakiś, jak wszyscy. Uśmiechnęła się do komisarza Wąsika, który właśnie wychodził z redakcyjnej kuchni z kawą w papierowym kubku w ręku. Przy drugiej ręce uczepiona jego łokcia wisiała Dzidzia. Wyjątkowo odstrzelona, w kozakach za kolano, w obcisłych spodniach i krótkiej skórzanej kurteczce Diesla – błyskawicznie zarejestrowała Mariolka. Komisarz próbował nie wylać kawy i jednocześnie odczepić od siebie Dzidzię, która miała nawyk przybliżania swojej twarzy do rozmówcy jakby wszystko co mówiła było wielką nowiną i tajemnicą w jednym, i mogła rozmawiać tylko konspiracyjnie nachylona. Komisarz powstrzymywał zgrzytanie zębami. Przypominała mu kuzynkę z Chrzanowa, która tak właśnie się w niego wczepiała podczas sporadycznych spotkań rodzinnych, przeważnie na pogrzebach. Podeszli do kontuaru w recepcji, postawił kawę i wyszarpnął rękaw. Dzidzia nie zrażona położyła mu poufale rękę na drugim ramieniu.
– …i może to nieważne – kontynuowała zaczętą w kuchni rozmowę – ale myślę, że powinien pan wiedzieć, że Radek po godzinach pracował jako ochroniarz w agencji Lux Girls. To informacja z wiarygodnego źródła. Zresztą, jeśli mi pan nie wierzy, może pan zapytać tego redaktora…

Mariola prawie się udusiła, bo podsłuchiwała nie oddychając. Przeszkodziła jej Hanka Stecka, która energicznie weszła do redakcji, zarumieniona i z włosami sklejonymi w dziwacznego irokeza, jak grzebień koguta.
– Kask przed chwilą zdjęłam, zaraz coś zrobię z tymi włosami. Niestety sceny filmowe, w których kobieta ściąga kask i odrzuca loki do tyłu to gówno prawda, zawsze są sklejone w gluta – mrugnęła do Mariolki i weszła do pokoju.

Komisarz i Dzidzia w tym czasie zdążyli przejść dalej. Komisarz zdążył nawet ukradkiem przeczytać sms’a od Melona i tym bardziej chciał się pozbyć Dzidzi. Mimo że jej informacje wydawały się warte zainteresowania bardziej interesowało go dlaczego Korzycki kłamał na temat swojego odejścia z Ugory.
Mariolka zdyszana wpadła do pokoju sekretariatu redakcji.
– No, czemu nie odbierasz telefonu? – krzyknęła na Zabrodzkiego. – Jaja sobie robisz? Czy ogłuchłeś? Muszę tu przyłazić… Naczelny chce cię widzieć natychmiast!
Zabrodzki nic nie powiedział, pobladł tylko i nerwowo zaczął się rozglądać za szwedką. – Już jesteś spóźniony – dorzuciła z mściwą satysfakcją. W tym samym momencie szwedka wypadła z rąk sekretarza i potoczyła się jej pod nogi. Mariolka schyliła się niechętnie i podała ją Zabrodzkiemu.
– Ruszaj się! Jest wściekły, rzuca czym popadnie.
I już jej nie było.

Komisarz Marek Wąsik z kubkiem kawy zaszył się w sali konferencyjnej. Musiał koniecznie porozmawiać z Korzyckim i właśnie planował jak poprowadzić tę rozmowę. Wiedział, że nie będzie łatwo. Czuł niechęć i do Korzyckiego, i w ogóle do dziennikarzy. Kręcili jak tylko mogli. Rozmyślania komisarza przerwała dzwoniąca komórka.
– Kogo diabli nadali? – sięgnął do kieszeni marynarki.
O Oksana! Ucieszył się i miał wrażenie jakby nagle zaświeciło słońce, chociaż za oknem padał właśnie deszcz i było dość obrzydliwie. Szare ołowiane chmury zakrywał całe niebo i odbierał nadzieję na zmianę pogody, ale on widział słoneczne promienie.
– Słucham, Wąsik – przedstawił się oficjalnie.
– To ja, Oksana.
– Dobrze, że dzwonisz, to znaczy, dobrze, że coś masz, tak?
– Mam, mam.
– To kiedy możesz się spotkać?
– Nie mogę, teraz nie mogę. Mamy dwa trupy wyłowione rano z Wisły, oba bez głów, kobieta i mężczyzna. Właśnie jadę obejrzeć wszystko w terenie, bo nie ma żadnego z profilerów. Wszyscy w rozjazdach.
Wąsik posmutniał.
– To kiedy dasz radę się spotkać?
– Słuchaj, mam taka propozycję… Przeczytałam dokładnie wszystko co mi dałeś. Bardzo wciągające.
– Pewnie, jestem mistrzem krótkich form – rzucił komisarz.
– Jesteś skromnym mistrzem krótkich form! Ale, wiesz, chciałabym, żebyś w pokoju przesłuchań z lustrem weneckim przesłuchał Zabrodzkiego i Korzyckiego. Ustawiłbyś to jakoś?
– Pewnie! Na kiedy?
– Zrób tak, żeby wyglądało naturalnie, może pojutrze?
– Tak jest, zaraz wykonam zadanie, zwłaszcza, że akurat jestem w redakcji.
– To super, do zobaczenia. I…
– Tak?
– I jak zamkniesz śledztwo kawa?
– Może być nawet nawet bażant z żurawiną. Co tylko zechcesz!
– Dobrze! To czekam na wiadomość gdzie i o której będzie przesłuchanie. – Pa!
– Pa! – powiedział Wąsik już do głuchej komórki.
Wypił kawę i energicznie podniósł się z fotela. Zwykła kawa a dodała mi
skrzydeł, pomyślał.

Na korytarzu słychać było krzyki. Wąsik ruszył w kierunku skąd dobiegały, po dwóch skrętach w prawo zobaczył naczelnego i Zabrodzkiego. Stali na przeciw siebie jak dwa walczące o przywództwo niedźwiedzie i wrzeszczeli. Jednak po bliższej analizie Wasik dostrzegł, że krzyczy tylkon naczelny a Zabrodzki coś tylko próbuje wtrącić. W otwartych drzwiach sekretariatu naczelnego komisarz dostrzegł Mariolkę, która pomachała do niego radośnie i wskazując na rozjuszonego szefa zakręciła kółko na głowie.
– Mam dosyć twoich problemów – darł się naczelny – stukając Zabrodzkiego palcem w klatkę piersiową. – Jak nie noga, to samochód. Co ty wyprawiasz w tym garażu? Ciągle są skargi. Nawet studia nie potrafisz dopilnować. Wchodzę tam dzisiaj i nikogo nie ma. Kurwa jeden grafik ma być zawsze. Rozumiesz? Zawsze! Nie było Cię w „Doba TV”, a przecież Mariolka dała ci grafik…
– Korzycki miał pójść.
– Ale nie poszedł i gówno mnie obchodzi dlaczego. Trzeba było go pilnować! Jeszcze jeden taki numer i się pożegnamy! – wściekły, minął Zabrodzkiego i ruszył do drzwi wejściowych.
– Wracam za dwie godziny – rzucił w stronę Mariolki.
– Masz spotkanie o 15!
– Pamiętam!
Popsute drzwi walnęły z hukiem.
Zabrodzki wyprostował się, dokuśtykał do biurka sekretarki i podniesionym głosem zażądał ich naprawy.
– Siedzimy zaraz obok, nie możemy pracować, jak tak trzaskają. Może się ruszysz i coś z tym zrobisz wreszcie!
Mariolka ostentacyjnie otworzyła szufladę i wyjęła z niej pilnik do paznokci. Okręciła się na krześle i powiedziała, ze słodkim uśmieszkiem piłując paznokieć kciuka.
– O usterkach administrację musisz poinformować przez intranet, na stronie jest specjalna zakładka. Mi drzwi nie przeszkadzają, więc nic nie będę w tej sprawie robiła. Poza tym słyszę jak ktoś wchodzi. I przesuń się, bo zasłaniasz mi pana komisarza – i Mariola zwróciła się do Wąsika:
– Dzień dobry panie komisarzu, co pana sprowadza w nasze skromne progi? Kawy?
– Och nie, dziękuję bardzo. Pani Dzidzia mi już zrobiła. Niezapomniana kawa – Wąsik uśmiechnął się porozumiewawczo do Zabrodzkiego, ale ten tylko wzruszył ramionami i zaczął się wycofywać z sekretariatu.
– Mam do pana sprawę, zajrzę za chwilę!
Zabrodzki nawet się nie odwrócił, przyspieszył tylko na tyle, na ile pozwoliła mu szwedka. Wąsik westchnął tylko.
– Dziwny z niego człowiek – powiedziała, nagle poważniejąc Mariola – Czasem się go boję.
– Naprawdę? Ale ja w innej sprawie, potrzebuję wszystkie namiary na Korzyckiego. Jest dzisiaj?
– Powinien być. Zaraz sprawdzę. Pan usiądzie i poczeka.
Sekretarka wyszła zza biurka, odruchowo obciągnęła kusa spódniczkę i poszła poszukać Korzyckiego. Po chwili wróciła.
– Niestety nie ma go. Wyszedł, ale nikt nie wie dokąd. Dam panu adres i telefony. Wieczorem pewnie będzie w domu. W redakcji trudno go zastać, ciągle znika – Mariola sięgnęła po samoprzylepną żółtą karteczkę, a potem otworzyła notes i przepisała adres oraz dwa numery telefonów.
– Proszę – wręczyła komisarzowi.
– Dziękuję, pani Mariolu, dziękuję bardzo za pomoc. A pani myśli, że ktoś z redakcji mógłby być mordercą?
Mariola zastygła z pilnikiem w dłoni.
– Chyba pan żartuje, prawda?
– Ależ nie – odpowiedział z uśmiechem – interesuje mnie pani opinia, pani ich tu w końcu wszystkich zna. A któż jak nie sekretarka zna wszystkie tajemnice firmy?
Mariola aż się spłoniła ze szczęścia. Będzie miała co opowiadać na papierosie. Już teraz widziała zdziwione miny dziennikarzy i redaktorów przechodzących korytarzem. Wizyty komisarza niepokoiły trochę pracowników redakcji.
– Każdy mógłby, panie komisarzu, każdy. Normalni to oni nie są. Pracuję tu tylko, żeby studia skończyć i od razu złożę wypowiedzenie. Już tu nie mogę wytrzymać – Mariolce zebrało się na zwierzenia. – Na przykład ten mój szef, no mógłby zabić każdego. Wie pan ile razy on we mnie czymś rzucił? Ci z administracji to do mnie na telefon przychodzą, do żadnego intranetu nie muszę nic pisać. O tu przy drzwiach. Widzi pan? Kopnął w ścianę. Normalnie dziurę zrobił. Noga mu ugrzęzła, bo to przecież karton-gips jest wszędzie. Więc kopnął i tak stał zdziwiony, a gira w ścianie.
– A Korzycki? – Wąsik szybko rzucił pytanie.
– Ten? Nie on chyba nie, taki delikacik to chyba nie. Ale do końca nie można być pewnym. Miałam sąsiada, miły i sympatyczny, a matkę zabił i jeszcze trzy tygodnie z nią mieszkał. No to i z Korzyckim może być jak z tym sąsiadem. Prawda, panie komisarzu?
– A Zabrodzki? – Wąsik wolał nie wchodzić w żadne dygresje. Zaczynało mu się spieszyć, musiał jeszcze wrócić na komendę, żeby zarezerwować pokój przesłuchań. Oczekiwał też na wyniki mechanoskopijne i traseologiczne. W tym cała jego nadzieja, bo ślady biologiczne należały albo do ofiar albo do tych, którzy znaleźli zwłoki.
– Zabrodzki to też by mógł. Taką wściekłość ma czasami w oczach. Aż ciarki idą po krzyżu. Ale i taki duży z fotoedycji – Robercik. Ten też by mógł. Silny jest. Wie pan komisarzu, my tu się naprawdę boimy. Jak wychodzę to nigdy sama, zawsze z jakąś koleżanką.
– No, ale tu pani Mariolu jest, pani bezpieczna. W budynkach jeszcze nie morduje… No czas już na mnie. Dziękuję za rozmowę i telefony. Do widzenia!
Wąsik wstał i z ulgą opuścił sekretariat naczelnego i jego sekretarkę. Musiał jeszcze wstąpić do Zabrodzkiego, żeby się z nim umówić na oficjalne przesłuchanie.

Jadzia zdyszana biegła chodnikiem do redakcji. Co chwile popatrywała na zegarek, ale to nic nie pomagało, była spóźniona. Jezu, on mnie dzisiaj zabije, co za dzień! Jezu – mówiła do siebie całkiem głośno, aż mijający ją gość w skórzanej kurtce spojrzał w jej kierunku ze zdziwieniem.
Jadzia miała za sobą bardzo trudne przedpołudnie. Najpierw rano, kiedy robiła sobie grzanki na śniadanie, zapomniała zdjąć z tostera opakowanie chrupek czekoladowych kulek Nestle, torebka się przepaliła i cholerne kulki wpadły do środka. Oczywiście przykleiły się, bo czekolada zaczęła się rozpuszczać pod wpływem ciepła. Potem zginęły jej klucze do mieszkania. Okazało się, że wpadły do buta. Kiedy wreszcie zamknęła drzwi i pędem poleciała na przystanek, uciekł jej autobus. Kierowca ją widział, była pewna, ale nie poczekał. Jadzia musiała koniecznie pójść do Galmoka, w nocy nie spała dobrze, bo przeszkadzał jej katar. Nie wyobrażała sobie całego dnia w redakcji z zatkanym nosem. W Pharmie, przed okienkami aptecznymi, była oczywiście kolejka, jakiś gość wybierał kremy Vichy dla żony, albo tylko tak mówił, w każdym razie długo nie mógł się zdecydować. Przy drugim stała kobieta i nie chciała kupić drogiego antybiotyku, więc aptekarka szukała dla niej tańszych zamienników. Jadzia przestępowała z nogi na nogę, nerwowo czytała reklamówki lekarstw. Wreszcie się jej udało. Wpuściła krople do nosa i wreszcie poczuła ulgę – mogła oddychać. Jednak już była spóźniona. Przebiegła przez Wołoską na czerwonym świetle, bo samochody dopiero ruszały, ale jakiś motocyklista rozwożący pizzę Hut natrąbił na nią. Na szczęście udało jej się złapać siedemnastkę. Odetchnęła z ulgą. Niestety ucieszyła się za wcześnie. Motorniczy się spieszył i zamykając drzwi ścisnął nimi siedmioletniego na oko chłopca. Babcia dziecka uwolniwszy wnuka zablokowała drzwi i motorniczy nie mógł ruszyć. Po kilku wyzwiskach babcia zabrała ryczącego wciąż wnuka i dumnie odeszła. Tramwaj ruszył. Na pętli Jadzia był już spóźniona 20 minut. Wysłała Zabrodzkiemu sms-a. „Spóźnię się, już jestem blisko”, ale nie odpowiedział. Dokładnie 10 minut później rzuciła torbę na swoje biurko, pokryte stosem kolumn i wydrukowanych szpigli. Korzystając z tego, że Zabrodzkiego nie ma w pokoju starała się jednocześnie jak najszybciej uruchomić komputer i zdjąć kurtkę i uporządkować stos papierów w zależności od stopnia ważności. Nie udało się jednak. Poczuła na sobie jego wzrok i odwróciła się.
– Wysłałam sms – zaczęła cicho.
– Wiesz gdzie mam twojego sms-a? W dupie mam. Jesteś spóźniona 20 minut i mi wysyłasz? Przecież, ja, kurwa, już wiem, że się spóźniasz. Na żadną godzinę nie możesz zdążyć? Korki były, wypadek w tramwaju? Co znowu wymyślisz? Masz się nie spóźniać! Wiesz, że naczelny nie lubi jak u nas w pokoju nikogo nie ma. Nie lubi i już! Możesz to wreszcie zapamiętać. A jak ci się nie podoba to zmień pracę! Kryzys jest! Kryzys. Ludzie się pchają drzwiami i oknami. Ciągle jakieś cv mam w skrzynce – Zabrodzki rozkręcał się coraz bardziej – Mam tego kurwa dosyć! Jeszcze jedno, powtarzam jeszcze jedno spóźnienie i zrobię ci dyscyplinarkę. Budzik sobie kup!
Na szczęście zadzwonił telefon.
– Piotr, słucham… dobrze, dobrze – odłożył słuchawkę.
– Reklama, muszę usiąść do szpigla, dołożyli dwie reklamy – rzucił w stronę Jadzi, ale jej już nie było w pokoju.
Zabrodzkiemu zrobiło się głupio. Jak świnia wyładowałem się na niej za naczelnego, żonę, Mariolkę, Wąsika – westchnął.

A Jadzia płakała w toalecie damskiej przytulona do wydatnego biustu Mariolki, płakała aż cała się trzęsła. Sekretarka naczelnego, mając szefa socjopatę, jak go nazywała po obejrzeniu filmu „Zniknięcie” Sluizera, była ogromnie doświadczona w pocieszaniu jego ofiar. Zabrodzki to nie naczelny, ale doświadczenie się przydało. Mariolka fachowo utuliła Jadzię, podała jej chusteczkę. I wygłosiła wspierającą mowę.
– Nie płacz przez tego psychola. Żaden facet nie jest wart naszych kobiecych łez, a już taki psychol na pewno. On ludzi pewnie morduje po nocach. Nie warto, no mówię ci.
– Zwolnię się – wybeczała Jadzia, siąpiąc nosem. Katar dał o sobie znać ze zdwojoną siłą.
– No co ty? Głupia jesteś? Jak chcesz to najpierw coś znajdź, a nie będziesz biedę klepać przez jakiegoś pojeba. Już ja mu pokażę.
– No co mu pokażesz?
– A już ja coś wymyślę. Nagadam na niego Naczelnemu. Zabrodzki się go
boi to mu załatwię opierdol jak się patrzy. No nie rycz! Umyj twarz. O
zobacz już masz czerwone oczy i nos. Wytrzyj się i choć do mnie, do
sekretariatu. Mam podkład fajny, dostałam od tych ze stylu. Nie będzie
widać, że płakałaś. Nie damy mu satysfakcji – Mariola pociągnęła Jadzię
korytarzem.

Tymczasem Zabrodzki otworzył w komputerze szpigiel, ale przed tym włączył stację radiową, wstawiał i przesuwał reklamy, gwiżdżąc przy tym radośnie. Wybuch spowodował, że uszło z niego całe napięcie. Wyrzuty sumienia też uciszył postanowieniem, że przeprosi Jadzię. Dobry nastrój minął z chwilą, w której ujrzał w drzwiach pokoju komisarza Wąsika. Ten zastukał w futrynę.
– Nie przeszkadzam?
– Oczywiście, że pan przeszkadza. Mam dużo pracy – warknął.
– To nie przeszkadzam. – Wąsik sięgnął do kieszeni wyjął z notesu druk wezwania na przesłuchanie, wpisał datę i godzinę i złożył zamaszysty podpis.
– Mam tu zaproszenie dla pana, panie Zabrodzki. To do miłego! Albo i nie – zaśmiał się i wyszedł z sekretariatu redakcji.
Piotr przeczytał pozostawiona kartkę. Zmiął i wyrzucił do kosza. Po chwili wyciągnął i wygładził. Schował do kieszeni.

Jadzia mogła zapomnieć o przeprosinach, miał teraz ważniejszy problem na głowie…

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Rack
Poprzedni

James Horner - kompozytor z klasą

Timof i cisi wspólnicy
Następny

Tysiąc sztormów [recenzja] [komiks]

Sonia Mataczuk

Sonia Mataczuk

Pracuje w jednym z największych polskich wydawnictw prasowych. W "Deadline" opisała życie redakcyjne jednego z czołowych rodzimych tygodników opinii. Z obawy o pracę i karierę ukrywa swoją tożsamość pod pseudonimem.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz