CZYTELNIA 

Dziady [fragment]

To był falstart. Choć pan Antoni, lat sześćdziesiąt jeden, emeryt wcześniejszy, a poza tym nijaki, powiedziałby raczej, że zapobiegliwość. Gdyby nie powiedział:

Góra Kościuszki.

Góra Kościuszki – powtarza anonimowy głos z plazmy przekraczającej o jakieś czterdzieści cali zusowski zasiłek pana Antoniego.

Uhyhym, uhm. – Pan Antoni w ten sposób wyraża umiarkowaną aprobatę i jest to w jego wykonaniu absolutny kres miłości bliźniego.

Ciało. – To znowu głos z plazmy, tym razem łatwy do identyfikacji, bo monotonny jak monotonny może być tylko głos Tadeusza Sznuka. Ogólne otępienie – mylone z wysiłkiem intelektualnym – które głos ten wywołuje w znacznym odsetku społeczeństwa od poniedziałku do piątku między godziną 18.50 a 19.25, pozwala nam ustalić czas opisywanych tu zdarzeń na poniedziałek, wtorek, środę czwartek lub piątek między godziną mniej więcej 18.45 a 19.30.

Kształtem przypomina ziarno kawy, a położona jest między przeponą a dnem żołądka… – ciągnie rzeczowo Tadeusz Sznuk, ale już nie powie, że ulegają w niej zniszczeniu zużyte czerwone ciałka krwi, bo przerywa mu bzzzbzz! i ekstatyczny krzyk:

Trzustka!

Śledziona, głąbie! – prostuje pan Antoni, a po chwili Tadeusz Sznuk potwierdza jego erudycję:

Śledziona.

Bez dodatków. Pan Antoni wręcz przeciwnie:

Anatomii się naucz, debilu na cienkim cieście, zanim z siebie przed narodem szarą masę będziesz robić. Wstydu nie masz, pokrako z Pieścirogów zapyziała na żółto. Lalugo od Pelajzy…

Nigdy się nie dowiemy, czym jest laluga od Pelajzy, gdyż: „Aaaaaaaaaa” – litanię pana Antoniego przerywa jęk. Nie dobiega on jednak z aparatury kina domowego marki Marantz, tylko z pokoju obok i jest żywym – jeszcze – dowodem, że zapobiegliwość pana Antoniego, która kazała mu wkroczyć do stu piętnastu metrów apartamentu z plazmą w godzinach poobiednich raczej niż wieczornych miała głębokie uzasadnienie.

Jak to jest być trupem? Leży się, jak zawsze leżą trupy, ciężko, po trupiemu. Tak by napisał Tołstoj. No i o twarzy by napisał. Że u trupa piękniejsza jest niż u żywego. Że ulga po męce żywota rozjaśniła mu rysy. A może tak właśnie napisał?

Mniejsza.

Na razie – jako trup niejako in spe – ofiara pana Antoniego czuje, jak życie z niej ucieka, wycieka, przecieka i brudzi dywan w sypialni. Nie dość, że nic nie może zrobić z tą hydrauliką, to jeszcze nie jest w stanie uspokoić potoku słów, które nawet jego własną, prywatną śmierć zmieniają w szczególną formę literatury. Gdyby chociaż mógł zapisać, że więzienie ciała ani ciało jako grób to nie metafory, tylko metonimie. Tyle że nie jest w stanie unieść ręki. Nawet powieki, więc Motyl i skafander też odpada, co z niezrozumiałych powodów wywołuje w nim atak wesołości, której jednak w żaden sposób nie jest w stanie zakomunikować. Zresztą komu? Żyrandolowi?

Właściwie już nie oddycha. Wciąga naparstki powietrza – za mało, żeby żyć, dość, by się nie udusić. Ale i tak czuje, że stygnie – w stopach to już jest całkiem zimny, zaraz zlodowacenie przedrze się przez linię kolan, dlatego pytanie, co będzie, gdy go nie będzie, staje się coraz bardziej aktualne. I przesłania inne pytania. Na przykład: za co? Albo: kim jest ten człowiek w sąsiednim pokoju z twarzą nie do zapamiętania, pachnący długą podróżą tanimi liniami kolejowymi? Dlaczego chce go zabić?

Gdyby chociaż ktoś wymasował mu nogi albo pocieszył, pogłaskał, pocałował, popłakał trochę nad nim. Bo on sam płakać nie ma ochoty ani nie jest w stanie. Ani nad swym losem, ani nad okrucieństwem Boga, ani nad jego ewentualną nieobecnością, bo gdyby był, przynajmniej nie pozwoliłby tak spartolić egzekucji.

No bo miało być tak, jak Pan Bóg przykazał w takim, dajmy na to, stanie Teksas: najpierw zastrzyk tiopentalu, który w mniej niż dziesięć sekund zwala klienta z nóg, pogrąża w narkotycznym śnie, a po trzech kwadransach odsyła w niebyt lub w jakąś dowolną eschatologię. Ale że trzy kwadranse to trochę długo jak na człowieczeństwo należne z Bożej łaski nawet skazańcowi, więc na drugą nóżkę idzie zastrzyk pankuronium, spopularyzowanego przez grupę sanitariuszy łódzkiego pogotowia pod handlową nazwą Pavulon. Dzięki mediom ogólnopolskim powszechna stała się wiedza o jego działaniu: mięśnie wiotczeją, płuca kurczą się i opadają jak wyrośnięte ciasto dźgnięte wykałaczką. Delikwent dusi się, bo mu się ciało alienuje, ani krzyknąć, ani słowa wydusić. Powiedzieć, że umiera w męczarniach, to jak nic nie powiedzieć. I dlatego ten tiopental na początek, a na koniec jeszcze solidna porcja chlorku potasu, która zatrzymuje akcję serca.

Ale wyszło tak, jak wyszło. Z przyczyn historycznie obiektywnych.

Dziesięć minut i będzie po wszystkim – tego dowiedział się pan Antonii z Wikipedii, ale już nie dowiedział się, co ma zrobić emeryt z Polski, żeby zdobyć tiopental, skoro nawet Amerykanie mają z nim problem, bo się jedynemu jego producentowi, firmie Hospira Inc. z Illinois, nie opłaca go produkować dla paru egzekucji. A Anglicy zakazali eksportu zabójcy do Ameryki i jeszcze resztę Europy namówili do embarga. Od czego jednak doświadczenie doświadczonego przez historię, Ministerstwo Zdrowia i wolny rynek emeryta, który wie, że się pyta o substytuty nie gorsze, tylko tańsze. Skoro więc pięciu gramów tiopentalu, intravalu, nesdonalu, penthonalu, trapanalu, czy jak go tam jeszcze zwą, pan Antoni zdobyć nie był w stanie, pozostawał pentobarbital. Środek ten stosowany jest powszechnie w celu skrócenia cierpień czworonożnych pasożytów człowieka, ale w razie konieczności – tak jak w wypadku mordercy z Oklahomy Johna Davida Duty’ego – służy również czyszczeniu społeczeństwa z mętów.

Najpierw więc wódka. Po drugiej butelce weterynarzowi dyżurującemu w całodobowej klinice małych zwierząt w mieście powiatowym T.M. pomysł pana Antoniego na połączenie libacji z eksterminacją wydał się całkiem dorzeczny.

Bo ja tych kundli nienawidzę – rzekł, zataczając się w kierunku szafki aptecznej. Próbując trafić kluczem choćby w okolicę dziurki, dodał jeszcze kilka zdań o swoich równie gorących uczuciach wobec szczurów i świń oraz ogólniej, o pieskości życia, szczurowatości bliźnich i ześwinieniu polityki. A na koniec, przebijając igłą wieczko buteleczki z pentobarbitalem, zapewnił, że papugi to nawet szanuje.

Alojzy, lat trzynaście, zasnął pierwszy w swojej klatce. Zuza, jamniczka szorstkowłosa, lat trzy, po wycięciu jajników poszła jego śladem. Następny zasnął weterynarz, co umożliwiło panu Antoniemu zaopatrzenie się w dwie i pół butelki pentobarbitalu, igły, strzykawki, a nawet gaziki jałowe oraz opuszczenie lokalu.

Dość na cztery burki. Ale czy starczy na jednego literata?

Nie wystarczyło, o czym świadczy jęk Janusza Głowackiego za drzwiami. Pan Antoni podrywa się na chwilę, ale zaraz znowu przysiada na brzegu kanapy kanciastej nie na ludzką, tylko jakąś lepszą dupę.

A se zdychaj – burczy, by nawet przed sobą ukryć coś w rodzaju litości, która nie pozwala mu przyglądać się zaślinionej agonii bliźniego. Chwyta się pilota jak tonący brzytwy i ląduje bezpiecznie na brzegu TVP1, gdzie w Wiadomościach szaleją kryzys, kibole i drożyzna. Pankuronium i tak zrobi swoje.

Żeby je zdobyć, pan Antoni musiał się położyć. Ofiara dla sprawy – tak to sobie nazwał i wyuczył się na blaszkę objawu Blumberga, objawu Rovsinga i objawu Jaworskiego, co było stosunkowo proste, bo wystarczyło zapamiętać, co ma boleć i czy wtedy, gdy cisną, czy odpuszczają. Do tego wymioty, zaparcie i ból podczas badania per rectum. Da się zagrać. Nie takie symulacje pan Antoni w życiu symulował, żeby się wymigać od tego i owego, ewentualnie w celach patriotycznych. Taki polish deal, że się symuluje pracę za symulację płacy, symuluje życie rodzinne w zamian za symulację szczęścia, symuluje bohaterstwo w zamian za symulację szacunku, symuluje wiarę w zamian za symulację boskiej łaski i tak całe życie się symuluje już nawet nie wiadomo po co i zamiast czego. Czyste za przeproszeniem egzystencjalne symulakrum, o czym oczywiście pan Antoni nie ma pojęcia, wie za to, że strasznie się człowiek namęczy tym ściemnianiem.

W dzień Matki Boskiej Zielnej, wybrany nieprzypadkowo, w karetce wezwanej do nagłego ataku wyrostka pan Antoni z powodu ogólnego nagazowania zespołu ratunkowego mógł sięgnąć po pierwszą porcję pankuronium, ale nie sięgnął, bo był przywiązany do noszy. W szpitalu również nie było łatwo, bo od razu poszedł pod nóż. Również chirurg ściągnięty w celu wykonania appendektomii był na trzecim, a może nawet czwartym gazie, więc się specjalnie nie zdziwił, że wyrostek w panu Antonim został już wycięty. Zaszył więc pacjenta, Bogu dzięki, że z wacikiem, co wywołało rozległe zakażenie, konieczność kolejnej operacji, a przy okazji umożliwiło panu Antoniemu przedłużenie pobytu w szpitalu, zapoznanie się z personelem oraz nieprzestrzeganiem procedur bezpieczeństwa. Skutkiem czego podprowadzenie pudełka pankuronium było już kaszką instant. Pudełka prawie niestety opróżnionego, więc się pan Antoni zaopatrzył w dwie ampułki po cztery miligramy, które zaraz mu na schodach wypadły z drżących rąk. Ale nic im się nie stało, były bowiem z plastiku. Miał więc osiem miligramów. Powinno być akurat. Ale nie było.

Pan Antoni wkroczył na scenę dziejów i do apartamentu w kamienicy położonej na lepszym odcinku ulicy Cecylii Śniegockiej pod pozorem najidiotyczniejszym, więc najskuteczniejszym: kontroli szczelności instalacji gazowej. Apartament jej nie posiadał, czym jego jedyny lokator głowy sobie nie zawrócił, gdy był czas ku temu. Skutki będą opłakane, ale to za chwilę, bo zanim pan Antoni dobierze się do lokatora, musi stoczyć pojedynek z samym sobą. Nie, żeby go ogarnęły wątpliwości albo strach obleciał. Z dyrdymałów takich jak prawość, sprawiedliwość, uczciwość, czyste sumienie życie w dotychczasowym jego przebiegu oczyściło pana Antoniego do czysta, podobnie jak ze złudzeń, oszczędności i zdrowia. Została mu tylko godność własna – to ona była stawką tej straszliwej batalii. Pan Antoni, krocząc przez przedpokoje, gabinety i livingi, toczył ją z mężczyznami na fotografiach, którzy pojedynek z życiem wygrali pod krawatem, nie uwalawszy garniturów; z kobietami pięknymi i przystępnymi w niebanalnych okolicznościach przyrody; z wiszącymi na ścianach okazami malarstwa niekoniecznie abstrakcyjnego, gdyż dosadnie eksponującymi pierwszorzędne cechy płciowe, a przede wszystkim z książkami, które z półek, z podłogi, z okolic łóżka i sedesu zdawały się szczerzyć do pana Antoniego. Z wyższością się szczerzyły, nawet te cienkie w miękkich okładkach, z czym musiał pan Antoni zrobić coś natychmiast.

W sukurs przyszedł mu gramofon i czarne płyty w nieładzie. „Dziad musiał na czymś przyoszczędzić” – myśli pan Antoni i myśl ta uruchamia ozdrowieńczy proces przerabiania wyższości w niższość oraz niższości w wyższość. Georg Wilhelm Friedrich Hegel oraz Karol Marks by się zdziwili, z jaką łatwością panu Antoniemu wychodzi żonglerka dialektyką pana i niewolnika. Z jaką wirtuozerią resentyment przerabia na słuszny klasowy gniew, władzę zmienia w uzurpację, wiedzę w bełkot, a każdy król w jego głowie jest nie tylko nagi, jest też naraz dziwką i alfonsem. Cały ten dialektyczny proces przebiega naturalnie, instynktownie rzec by można, a już na pewno bezrefleksyjnie, bo refleks to ma pan Antoni skierowany w zupełnie inną stronę. Na stronie tej lokator odziany w szlafrok, z miną zatytułowaną „spieszy mi się, zaraz wychodzę, co mi pan tu dupę zawraca, ubrać się jeszcze muszę”, krąży po mieszkaniu i wykonuje dziwny taniec w poszukiwaniu dowolnych rur lub zaworów, którymi mógłby odpędzić intruza. Albo przynajmniej zamknąć mu usta, z których leje się potok bardzo złej prozy. Autor nieznany, tytuł: Instrukcja postępowania w przypadku awarii instalacji gazowej.

Bardzo mi przykro, ale obawiam się, że fatygował się pan nadaremno – oznajmia lokator uprzejmie i nie wie, co czyni. Bo nic tak nie poniża dobrego Polaka, jak uprzejme go potraktowanie. W mordę mu daj, szturchnij, naubliżaj – zadowolony będzie, bo to znaczy, że go zauważono, za godnego przeciwnika wzięto, niezaufaniem obdarzono, za które równym niezaufaniem odpowie, by zadzierzgnąć więź opartą na podejrzliwości, złości oraz obmacywaniu wzajemnym w poszukiwaniu słabizn i lewizn. Uprzejmość zaś jest jak policzek, a raczej klaps, klapsik w pupcię. A takiej zniewagi pan Antoni znosić nie zamierzał. Dlatego triumfalnym: „Ażeż ty, wszawy…” – obwieszcza swoje ostateczne zwycięstwo i kres metamorfozy pana Antoniego w Pana Antoniego, a cios młotkiem ubranym w merynosową rękawiczkę z jednym palcem, wykonaną przez nieboszczkę małżonkę, zwala lokatora na dywan.

Plaster na buzię, nóżki w ciup i wężykiem. Rączki kablem przedłużacza i rozciągnąć – jedna do kaloryfera, druga jeszcze luzem.

Powolutku, złociutki, bo krzywdę sobie zrobisz. – Pan Antoni głosem matki usypiającej niemowlę próbuje uspokoić Janusza Głowackiego, lat siedemdziesiąt siedem, pisarza, dramaturga i memuarystę, gdyż mu się osobnik szarpie. Widać pan Antoni za słabo uderzył, skoro przy pierwszej próbie wkłucia wenflonu pisarz ocknął się i zaczął wierzgać. – Zaraz będzie po wszystkim – szepce pan Antoni słowami jak ulepki, a jego myśli biegną za Atlantyk, gdzie skazańcy grzecznie muszą czekać na egzekucję przywiązani skórzanymi pasami do fotela. Z braku podobnych udogodnień pozostaje panu Antoniemu powtórka z młotkiem. Delikatna, wyciszające puk.

Wenflon za czwartym razem – dzięki ci, YouTubie, za darmowe lekcje – dokuje w żyle. Teraz strzykawka za strzykawką, powoli, tak jak w internecie pisało. Po około dwóch minutach nastąpi zwiotczenie mięśni poprzecznie prążkowanych w kolejności: mięśnie twarzy, szyi, brzucha, kończyn, mięśnie międzyżebrowe i na końcu przepony. I będzie się utrzymywać przez czterdzieści minut. Dość czasu, by się udusić. Albo obejrzeć Jednego z dziesięciu.

Jeśli chodzi o obrazy, to w głowie Janusza Głowackiego po półgodzinie konania pojawia się kamień spadający coraz prędzej. Nawet chciałby, żeby ktoś w końcu wypowiedział nad nim słowo: „Skończone”. A on pomyślałby wtedy: „Śmierć się skończyła, już jej nie ma”, wciągnął w siebie powietrze, zatrzymał się w połowie oddechu, wyprężył i umarł godnie. Ale nic z tych rzeczy. Nie jest łatwo umrzeć z ręki amatora. Człowiek pozostaje nieboszczykiem jakby niepełnym, może nawet krzyczeć. Bardziej jednak do środka. Na zewnątrz wydobywa się tylko jęk, który nie jest nawet w stanie oderwać pana Antoniego sprzed telewizora.

Odrywa go dopiero nagłe zjawienie się nieboszczyka w drzwiach salonu.

Się rozplątał, skubany, bo i związał go pan Antoni niezbyt uważnie, licząc głównie na farmakologię. Ale organy Janusza Głowackiego starej daty, dobrze zakonserwowane w wysokoprocentowych alkoholach lub też proporcje trucizn niewłaściwie dobrane, a najpewniej braki w zaopatrzeniu, uchroniły go przed zgonem. Staje więc pisarz w drzwiach salonu jak upiór i jednocześnie odzyskuje pamięć krótkoterminową, co doprowadza w konsekwencji do wycofania się do sypialni i zatrzaśnięcia drzwi, na które pan Antoni napiera natychmiast całymi stu piętnastoma kilogramami swojej masy ciała. Wystarczy, by odtrącić Głowackiego i umożliwić starcie wręcz, w którym jeden może być tylko zwycięzca. A to za sprawą młotka, z którym pan Antoni nie rozstawał się nawet w chwili największego zaangażowania w katastrofy tego świata, sprawozdawane w telewizji z urzędowym optymizmem przez Piotra Kraśkę.

Tyle zachodu na nic. Głowacki leży u stóp pana Antoniego i ze skroni mu ciecze, ale dycha ciągle.

Pozostaje więc sposób ostateczny, odnaleziony na internetowych stronach poświęconych eutanazji, której pan Antoni jest zasadniczo przeciw, jak Jan Paweł II przykazał i pokazał własnym przykładem. „Żaden Doktor Śmierć nie będzie szalał w ojczyźnie Naszego Papieża, choć z drugiej strony – myślał pan Antoni, błądząc nocami po sieci – on sam nie pozwoli, żeby ktoś mu mówił, kiedy należy powiedzieć »amen« w pacierzu”.

Wracając jednak do sposobu ostatecznego, to nosi on nazwę torebki śmierci. To zwyczajny worek na śmieci Jan Niezbędny z tasiemką. Wystarczy włożyć na głowę i zaciągnąć.

Więc pan Antoni zaciąga.

Anti
Poprzedni

Li(f)e - hip hopowy intelektualista [recenzja]

In Rock
Następny

Black Sabbath: u bram piekła - szczere do bólu opus magnum Micka Walla [recenzja]

REDAKCJA

REDAKCJA

Brak komentarzy

Dodaj komentarz