CZYTELNIA 

Gargulec [opowiadanie]

– To niezwykła noc, na spotkanie, prawda? – zapytałam, a on przytaknął, drżąc z zimna. Głuptas nie zabrał ciepłego płaszcza, jakby zapomniał, że listopad bywa kapryśny. Wiatr od rzeki był zimny i wilgotny. Powietrze pachniało już śniegiem, który wkrótce spadnie. Szkoda, że jeszcze nie dziś. W ostrym kontraście czerwieni katedry, czerni ogołoconych drzew i bieli śniegu jest coś absolutnie magicznego. Trochę szkoda, że nie mógł zobaczyć mnie i tego miejsca w najpiękniejszej formie, ale nie wyglądał na zawiedzionego. Raczej na oszołomionego. Tyle czasu minęło, ale wciąż znajduje to całkiem przyjemnym.

– Moja rodzina była wyjątkowa. Od pokoleń moi przodkowie byli natchnieniem dla artystów i oddawali dusze dziełom wychodzącym spod ich rąk. Dosłownie – zaczęłam, bo taka była tradycja.

Musiałam mu opowiedzieć, by się spełniło, by wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu, nawet jeśli potrafiłam czytać w jego pragnieniach na tyle, by wiedzieć, że nie po słowa i nie po historię tu przyszedł. Dostanie wszystko, na co zasłużył, ale nie od razu. Nauczyłam się powściągać własne pragnienia, jemu też przyda się taka lekcja, pomyślałam i kontynuowałam opowieść:

– Nawet doskonała w swej fizyczności rzeźba jest tylko kawałkiem kamienia, jeśli nie przesyci się jej duszą. Mogłaby to być dusza artysty, ale wówczas to byłoby jedyne i ostatnie dzieło artysty, co się zdarza, ale nie jest szczególnie popularne. Lepszym rozwiązaniem jest związanie się z dusznikiem. Tacy jak ja istnieją po to, by zespolić się ze sztuką w najbardziej intymny i nieodwracalny sposób. Nasza dusza dosłownie opuszcza ciało, by wniknąć w kamień i zmienić w coś żywego, przemawiającego do ludzi na nieuchwytnym poziomie, poruszający struny wrażliwości estetycznej… Dużo filozofii dorobiono do tego, co robimy, przez ostatnie stulecia. Faktem jest, że nie ma nawet jednego wiekopomnego dzieła sztuki, którego nie zamieszkiwałaby dusza jakiegoś dusznika.

Wyciągnął dłoń i prawie dotknął mojego policzka. Odchyliłam się łagodnie. Jeszcze nie czas.

– Ciekawi cię, co się dzieje z naszym ciałem? Czy umiera? Nie całkiem. Zostaje w nim dość iskry, by żyło, chodziło, jadło, pracowało, rozmnażało się i przy śniadaniu czytało gazetę, ale niewiele więcej. Staje się całkiem normalnym i absolutnie przeciętnym obywatelem, bez potrzeb wyższego rzędu. Oczywiście wciąż jest częścią rodziny, a jego dzieci mają więcej niż osiemdziesiąt procent szans na to, że od urodzenia będą miały tę nadwyżkę duszy, która czyni nas Dusznikami idealnymi.

Odwróciłam się od niego, zamiatając lśniący w blasku księżyca dach swoimi skrzydłami. Wzdrygnęłam się, czując zimną wilgoć wsiąkającą w nie w ułamku chwili. To też dziwny element tego rytuału. Gdy do mnie przychodzą, gdy opowiadam, aż do finału tej nocy, czuję więcej, mocniej, bardziej nawet niż wtedy, gdy zamiast kamiennego ciała miałam zwykłe, mięciutkie i jasne tak, że przez cieniutką skórę na skroniach przeświecały mi błękitnawe naczynia krwionośne. Wciągnęłam w płuca mroźny oddech, smakując na języku błotnisty posmak błoni rozciągających się między katedrą i rzeką.

– Prawdziwą dumą rodziny był mój stryjeczny prapradziadek Klaudiusz, którego dusza jest zaklęta w rzeźbę Dawida dłuta Michała Anioła – kontynuowałam. – To dzięki stryjecznemu dziadkowi Klaudiuszowi rzeźba ładnego chłopca, do którego Michaelangelo miał taką wielką słabość, stała się arcydziełem i do dziś porusza coś w ludziach. To był interes życia dla nich obu. Klaudiusz stał się równie nieśmiertelny jak Michał Anioł, nawet jeśli mało kto zna jego imię. Najgorzej wyszedł na tym chłopiec, który był pierwotną inspiracją. Zmarł wkrótce na chorobę weneryczną. Cóż, on też na swój sposób zachował do końca tę idealną sylwetkę i rozmarzone spojrzenie. Michał Anioł stracił dla niego zainteresowanie, kiedy wyszło na jaw, że nie może się równać z rzeźbą podbudowaną dusznikiem. Był tylko człowiekiem, jak mógł konkurować z dziełem sztuki? – Ta część historii zawsze mnie dziwnie rozstrajała. Nie powinnam wspominać o tym chłopcu, nie był ważny. Artysta i jego dzieło. Cała reszta to tylko straty uboczne.

Ludzie są tacy ulotni, sztuka jest wieczna – tak mawiała moja matka, która zamieszkała w aniele, który pilnował nagrobka młodej kobiety, ukochanej córki, narzeczonej mężczyzny, który do śmierci każdego dnia przychodził na grób kobiety, która nie zdążyła być jego żoną, matką jego dzieci. Może dlatego matka była taką melancholijną romantyczką. Do czasu. Cmentarz był stary i piękny. Piękne było też drzewo, stary, kostropaty dąb, który runął i strzaskał jej figurę podczas burzy. Nie tylko ludzie szybko odchodzą w niesprzyjających okolicznościach. Ale nie o matce miałam mu opowiadać, zganiłam się w duchu i mówiłam dalej, tonem lekkim i dowcipnym.

– Od dziadka często słyszałam, że mogę być kim chcę i to niebo wyznacza limit moich możliwości. „Kto wie, czy taka śliczna dziewczyna nie natchnie geniusza swoich czasów i jej twarz nie zapisze się w wyobraźni masowej?”, mawiał. „Twoja dusza będzie żyła wiecznie we wspaniałej rzeźbie w luksusowym muzeum, duszko, zobaczysz, pisana ci wielkość nadejdzie, zanim się obejrzysz” – szeptał, kładąc mnie do łóżka. Nie opowiadał mi bajek, jak inni dziadkowie swoim dzieciom. Karmił mnie wizją mlecznego marmuru zaklętego w poetyckiej pozie. Miałam być kobiecą wariacją na temat Dawida. Doskonała. To nie były miłe bajki, bo szybko przeradzały się w tyrady o daremności nowoczesnej sztuki. Kto to słyszał, by wymagać od uczciwego dusznika kamiennego, by oddawał swoją duszę w coś tak frywolnego jak instalacja z baloników i lalek Barbie czy, o zgrozo, w sedes?, perorował, nie bacząc na to, że z każdą chwilą dalsza jestem od snu. O tak, Duchamp podpadł dziadkowi najbardziej. Bardziej nawet niż Warhol, choć ten też był na czarnej liście „Och, puszka zupy? Co dalej? Nocnik?”.

Uśmiechnęłam się na wspomnienie dziadka, przeglądającego katalog jakiejś wystawy w prestiżowej galerii, pokazującego ze zgrozą na twarzy prawie każdą z instalacji czy nowoczesnych rzeźb. Straszył mnie awangardą i konceptualizmem tak, jak inni dziadkowie straszyli dzieci Cyganami, Żydami czy zakradającymi się do dziecięcych sypialni potwornikami.

– To z jego powodu rodzina zwróciła się w kierunku sztuki sakralnej – wyjaśniłam – wprawdzie współcześnie rzadko przyciągała tych największych geniuszy epoki, skoro to nie papież był dziś najhojniejszym mecenasem sztuki, a bogacze wydawali pieniądze raczej na szybkie samochody niż na świątynie, które miały zapewnić im odpust zupełny, ale dziadek nie tracił nadziei, że jakaś wielka epidemia czy krucjata przywróci znaczenie religii. Świat się zmieniał, dziadek nie bardzo. Nie dopuszczał do siebie wiadomości, że raczej nie powtórzy się chwała ciotecznej prababki mojej matki, której delikatne rysy i nie mniej krucha dusza ożywiają Pietę. Ale wciąż lepiej być aniołem, niż puszką zupy, uważał mój dziadek, który wciąż nie oddał swojej duszy żadnej rzeźbie. Może żadna nie była godna, a może zbyt polubił dzierżony od kilkudziesięciu lat status patriarchy rodu.

Podeszłam do krawędzi dachu. Gdyby moje oczy były lepsze, mogłabym dojrzeć ulicę, na której mieszkaliśmy wtedy wszyscy. Czy wciąż stał tam dom z czerwonej cegły z łupkowym dachem, porastającym zielonkawym nalotem mchu? Minęło tyle lat… Wzdrygnęłam się, gdy nagle przeszył mnie lodowaty dreszcz. Dochodziła północ. Coraz mniej czasu. Im bardziej będzie rósł nowy dzień, tym mniej będę miała sił i nie zdołam opowiedzieć mu wszystkiego… Nie zdołam zrobić tego, co zamierzyłam.

– Mówił, że mogę być kim chcę. A jednak kiedy powiedziałam, kim dokładnie chcę być, pobladł i przeżegnał się gwałtownie. – Wzruszyłam ramionami, choć ta reakcja do dziś bolała nie tylko w takie noce jak ta, ale i wtedy, gdy z założenia czuję mniej. – Widocznie „kim chcę” w jego rozumieniu oznaczało dowolnego anioła czy Matkę Boską, a nie naprawdę każdą możliwość, jaka z mojej perspektywy rozciągała się przed takimi jak my.

Odwróciłam się do niego, rozłożyłam ramiona i zakręciłam się na palcach, pozwalając mu w pełni docenić to, co widzi. Postrzępiona szata zawirowała wokół moich smukłych nóg, przykuwając go na miejscu. Wysłucha mnie do końca, byłam pewna, widząc jego rozmarzone i zamglone pożądaniem spojrzenie.

– Widzisz, ja od dziecka wiedziałam, że chcę być gargulcem. Pociągała mnie niejednoznaczna brzydota i prymitywna siła, która się w nich kryła. Możliwości. Charakter. Nie obrażając mojej babki, która zamieszkiwała figurę Najświętszej Panienki z Guadelupe czy mojej starszej siostry, której dusza mieszkała w figurze Archanioła Gabriela o zaskakująco delikatnych rysach i drobnych dłoniach, rzygałam całą tą sztuką sakralną. Jeśli miałabym spędzić resztę wieczności w kościele czy katedrze, to z całą pewnością nie jako aniołek, cherubin, święta Cecylia czy inne niepokalane dziewczątko.

Wymownie zasymulowałam wsadzanie palca w gardło, a on zaśmiał się chrapliwie, jakby nie mógł pogodzić mojej urody z tak wulgarnym gestem.

– Dlaczego akurat niepokalane dziewczątko? – zapytał i uśmiech zdradzał jego kosmate myśli.

– Takie oferty dostawałam regularnie. Artyści przychodzili do dziadka, licząc, że namówi mnie do pozowania i oddania duszyczki jednej z tych rzeźb świętych o nieskalanych anielskich obliczach. Miałam doskonałe rysy twarzy, smukłą szyję i delikatne kostki dłoni, kibić, którą można było objąć dłońmi i nogi rasowej klaczy. To nie moje słowa, ledwie cytat z komplementów, jakimi mnie obsypywali, licząc, że zmienię zdanie. Miałam trzynaście lat, kiedy słyszałam je po raz pierwszy. Jeśli mam być szczera, a zawsze jestem, sposób w jaki mówili o mnie i świętych panienkach, do których portretów miałam pozować, był dość… lubieżny. Ale tak to już jest z artystami. Jakoś tak się zawsze składało, że między pozowaniem im do rzeźby a oddaniem jej duszy znajdował się jeszcze czas na złożenie w ofierze wianuszka.

Uciekł na chwilę spojrzeniem. No tak, pomyślałam, zauważając nagle plamy z farby olejnej na rękawach jego koszuli. Pewne rzeczy się nie zmieniają…Ale ja już nie miałam trzynastu lat.

– Może to jeden z powodów, dla których lubiłam gargulce – przyznałam. – O ich piersiach czy kibici nikt nie mówił jak o czymś, co się ma ochotę przelecieć.

To najwyraźniej się zmieniło, pomyślałam, widząc że przełyka ślinę, która nagle napłynęła mu do ust. Wilki tego świata nie zmieniają się, nawet jeśli zmienia się cały świat. Zignorowałam jego rozpalone spojrzenie i wróciłam do historii. Noc nie robiła się młodsza.

– Rodzina mojej pasji nie przyjęła najlepiej. Awansowałam na najczarniejszą owcę w rodzinie, przeskakując pozycję cioci Łucji, która wdała się w burzliwy związek z (o zgrozo!) malarzem i oddała duszę (o zgrozo raz jeszcze!) obrazowi, nie rzeźbie, brukając złotą tradycję duszników kamiennych. Wszak farby i płótno są tak nietrwałe! Byłam w muzeum, w którym wisi obraz cioci Łucji. Piękna Ofelia otoczona liliami wodnymi. Wspaniała. I chyba lepiej wyszła na obrazie niż kuzynki, które zamieszkiwały bezrękie obecnie rzymskie statuy z obłupanymi nosami. Dziadek próbował różnych technik swobodnego zastraszania, przekupstwa i obietnic, bym tylko zmieniła zdanie. Zagroził mi nawet wyrzuceniem z domu, ale gdy powiedziałam, że w takim razie pójdę prosto do pracowni faceta, który spawa złom znaleziony na śmietnikach w robakobodobne instalacje, zmiękł. W końcu gargulce to taż jakaś bardzo wąska, ale jednak, dziedzina sztuki sakralnej. I przecież mogło być gorzej, mogłam chcieć zostać rzygownikien na końcu rynny…

Zaśmiałam się, na samo wspomnienie jego miny.

– Kolejne miesiące zajęło mi znalezienie artysty, który w mojej twarzy i ciele nie zobaczy anioła, ale gargulca. Nie było to łatwe. Tak łatwo ich rozproszyć ładną buźką i zgrabnymi kolanami. Rozważałam już nawet przytycie pięćdziesięciu kilogramów, ale przekleństwem duszników kamiennych jest też nadzwyczaj sprawny metabolizm. Do legendy przeszło to, jak ciężko na każdą fałdkę pracowały ciotki pozujące dla Rubensa. I wtedy spotkałam jego.

Przeżegnałam się, jak zawsze, kiedy wspominałam mojego drugiego stwórcę. Rodzice spłodzili mnie jako małego człowieka z nadmiarem duszy, ale to Roberto dał mi życie wieczne w formie, która była w stanie pomieścić całą tę rozpasaną duszę, która dusiła się w ciele młodej kobiety.

– Roberto widział we mnie potwora – powiedziałam, a młody mężczyzna, dla którego snułam tę opowieść pokręcił głową z niedowierzaniem. Wyjaśniłam więc – przypominałam mu narzeczoną, która całkiem niedawno strzaskała mu serce i zdeptała godność. Zaczął pracować nad posągiem z taką zaciekłością, że odłupane kawałeczki marmuru kaleczyły mu twarz i ramiona, a on nawet tego nie zauważał. Taki już zawsze miał być w mojej pamięci, z kroplami zasychającej na twarzy krwi, z zapadniętymi policzkami i ciemnymi kręgami pod oczami, na granicy szaleństwa. Skończył rzeźbę szybciej niż ktokolwiek zakładał. Miesiąc od naszego spotkania moja dusza mogła przenieść się do skończonego dzieła. Patrzył na nie z oszołomieniem. Wkrótce przeniesiono mnie na dach katedry, na wieżę północną. Roberto przyszedł do mnie dwa dni później. Objął mnie i rozpłakał się tak rozpaczliwie, że poruszyłam się, nie bacząc na to, że nie zaszło jeszcze słońce i łamię jedną z zasad. Szloch nie ustał, przeciwnie. A później odwrócił się i po prostu skoczył z wieży, zabijając się na miejscu. Wieża momentalnie przestała być nazywana wieżą północną, przybierając miano bardziej mroczne – wieża samobójców.

Raz jeszcze przeżegnałam się, a potem wyprostowałam się i zaprezentowałam się w całej okazałości mojemu wielbicielowi. To Roberto zawdzięczam wszystko… Nietoperze skrzydła, łuski pokrywające moje ramiona, kolczaste zęby wypełniające usta. I to, co zaskakuje ludzi najbardziej. Żadna z tych rzeczy w żaden sposób nie wpływa na moją urodę. Wciąż jestem piękna. Zrobiłam krok w stronę mężczyzny, który wycierał spocone dłonie o nogawki wełnianych spodni. Wyglądał jak chłopiec, który nie może się doczekać chwili, kiedy dorwie się do deseru.

– Przecież to dlatego tu przyszedłeś, prawda? Nie jesteś pierwszy. Ile złamałeś przepisów, włamując się do wieży? I po co? By zobaczyć najładniejszego gargulca wschodniej Europy? To miłe, naprawdę. Dzięki takim jak ty spełnia się moje marzenie. Coś, czego nigdy nie wolno byłoby mi zrobić, gdybym została aniołem, czy najświętszą panienką.

– Jesteś taka piękna – szepnął, dotykając delikatnie mojego zimnego policzka.

– Wiesz, co robią gargulce? – zapytałam spokojnie.

Pokręcił tylko głową. Był głupi, jak oni wszyscy. Przychodzą tu zwabieni legendą najśliczniejszego gargulca, którego ciało ożywa w noce sąsiadujące z pełnią. Nie myślą… ale to dobrze. Tak bardzo ułatwiają mi życie.

– My, gargulce, pilnujemy. Jesteśmy strażnikami katedry i polujemy na tych, którzy łamią jej święte prawa. Na przykład włamują się nocą do wieży i włażą samowolnie na dach. I wiesz, co robimy, kiedy ich łapiemy? – zapytałam, zaciskając marmurowe palce na jego ramionach.

– Nie wiem – wyszeptał i dopiero teraz moja uroda przestała go rozpraszać.

Może to silny nacisk moich zimnych palców, a może coś w moich oczach sprawiły, że nagle odpłynęła mu ochota na wzdychanie w zachwycie. Próbował się cofnąć, wyrwać z mojego uchwytu, ale nie miał szans.

Pochyliłam się i szepnęłam mu na ucho:

– Ogryzamy do kosteczki, powolutku, byś nie umarł od razu, by twoje serce nie stanęło w piersi, jak przerażony króliczek. Chcę, byś poczuł wszystko, każde ugryzienie, każdą zmiażdżoną moimi zębami kość, każde ścięgno wyrwane ze swojego miejsca. Będzie cudownie, kochanie! Znajdziesz się we mnie, przecież o tym marzyłeś, prawda? – Odsunęłam się tylko na tyle, by zobaczył mój upiorny uśmiech.

Szarpnął się jeszcze raz, tym razem pozwoliłam mu się wyrwać. Opadł na plecy i jak pająk cofał się, chcąc znaleźć się jak najdalej ode mnie. Niespiesznie szłam za nim, odsłaniając zgrabne nogi między fałdami greckiej szaty, w którą odziała mnie wyobraźnia Roberto.

– Zadałeś sobie tyle trudu, by się do mnie dostać – powiedziałam. –Chyba nie chcesz już iść?

Przeżegnał się raz i drugi, bełkocząc pod nosem nieskładnie „ojcze nasz”.

Zaśmiałam się.

– Myślisz że ma coś przeciwko temu, bym pilnowała jego świątyni?

Zbladł, gdy oparł się plecami o niewysoki murek otaczający krawędź dachu. Zrobiłam jeszcze jeden krok, pozwalając, by w pełni dotarło do niego jego położenie.

Odsłoniłam zęby i warknęłam cicho. Wystarczyło.

Przystanęłam na krawędzi dachu i zerknęłam w dół, na swoje dzieło. Tylu ich skakało, ale żaden nie robił tego tak samo. Byli jak fraktale, moje dzieła, każdy wyjątkowy. Rozrzucone ramiona układały się pod różnymi kątami, nogi także. A aureola krwi rozbryzgującej się wokół ich ciał zawsze była unikalna i po latach potrafiłam przywołać wspomnienie każdej z osobna.

Są rzeczy, których nie mogłabym robić, jako anioł czy święta panienka. I widzicie, to właśnie te rzeczy, które chciałam robić najbardziej. Więc zostałam gargulcem. Najśliczniejszym we wschodniej Europie. Nie wierzysz? Zawsze możesz mnie odwiedzić na wieży samobójców.

Albatros
Poprzedni

Mroczna wieża #5 Wilki z Calla - przerywnik w drodze do celu [recenzja]

Czarna Owca
Następny

Szwedzi. Ciepło na północy - z wizytą u sąsiadów zza morza [recenzja]

Aneta Jadowska

Aneta Jadowska

Filolożka, wielbicielka pomysłów niepraktycznych i niełatwych, czym uzasadnia doktorat z literatury i wiele innych ślepych uliczek w swojej biografii. Autorka sześciotomowej (póki co) sagi o toruńskiej wiedźmie-policjantce, Dorze Wilk, wielu opowiadań i dwóch innych powieści. Zdobywczyni nagrody Złota Kareta Nowości 2012 w kategorii Kultura.

2 Comments

  1. 2015-11-17 at 14:09 — Odpowiedz

    Akurat Matka Boża z Guadalupe jest obrazem. :) Ale ogólnie fantastyczny klimat, ubawiłam się zanurzeniem w świat sztuki. :)

  2. wilczysko
    2015-11-17 at 22:02 — Odpowiedz

    „Wilki tego świata nie zmieniają się, nawet jeśli zmienia się cały świat.” – To bardzo ładne zdanie. Pozwolę sobie pożyczyć. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz