KINO / DVD 

10 Cloverfield Lane – kameralny thriller i coś jeszcze [recenzja]

Od premiery „Projekt: Monster”, czyli oryginalnie „Cloverfield”, zleciało już osiem lat. I oto temat powraca nagle w nowym filmie, ponownie zaskakując widzów formą i fabułą.
Najfajniejsze i najciekawsze w obu filmach z logiem „cloverfield” jest bowiem to, że ich fabuły można śmiało odczytywać jako metaforyczne oddanie stanu ducha głównych bohaterów.

„Cloverfield” swojego czasu wywołał sporą sensację, przede wszystkim umiejętnie poprowadzoną kampanią reklamową, które nie ograniczała się jedynie do teaserów i trailerów, tylko w inne jeszcze sposoby podsycała ciekawość i oczekiwania widzów (niczym w przypadku niedawnego „Deadpoola”). Po premierze okazało się, że twórcom udało się w zasadzie połączyć ogień z wodą, ponieważ film był wysokobudżetowym found footage, czyli kręconą kamerą z ręki historią o tajemniczym stworze atakującym Manhattan. Dodajmy – film udany, znakomicie zmontowany, z rewelacyjnie wtopionymi w zdjęcia efektami specjalnymi i emocjonującą fabułą. Dużo pozostawiono tutaj domysłom i spekulacjom odbiorców, co tylko potęgowało wrażenie realizmu uzyskane w produkcji.

Po ośmiu latach intrygujące słowo z oryginalnego tytułu powraca, tym razem z małymi dodatkami – numerem dziesięć, słowem „Lane” i ponoć decyzją producentów, żeby historię z nowego filmu po prostu podczepić pod znaną markę (bo to z kolei zapewni większe, pieniężne wpływy tej kameralnej historii, spokojnie mogącej funkcjonować bez kluczowego zwrotu). Główną bohaterką jest ponownie młoda osoba, którą obserwujemy w pierwszych minutach seansu w stanie  wielkiego zaaferowania – podobnie jak w pierwszym filmie, chodzi tu po prostu o sprawy uczuciowe. Musiało zajść w jej życiu coś takiego, że dziewczyna zdecydowała się rozstać ze swoim partnerem, spakowała rzeczy i ruszyła samochodem w drogę. Jazda kończy się wypadkiem i Michelle po jakimś czasie budzi się w pokoju bez okien, przykuta kajdankami do łóżka i podłączona do kroplówki. Za jakiś czas objawia się jej „dobroczyńca”, który przywiózł ją do swojego miejsca zamieszkania i poskładał do kupy. Dlaczego nie zawiózł jej do szpitala? Ponieważ w międzyczasie, według słów Howarda, coś się wydarzyło – niesprecyzowany do końca atak, może wrogiego państwa, a może i obcej rasy z kosmosu. A na takie wydarzenie, jak się okazuje od lat przewidywane przez mężczyznę, ów specjalnie się przygotował. Michelle wreszcie dowiaduje się, że tkwi  z tym mężczyzną pod ziemią, w bunkrze. Sytuacja, tak jakby, nie do pozazdroszczenia.

Trochę więcej na temat fabuły zdradzał – ponownie w przypadku tej chyba juz franszyzy – trailer, na którym widać było jeszcze trzecią postać filmu, raczej beztrosko podchodzącego do życia Emmeta, tkwiącego w bunkrze na własne życzenie. W rozpoczynającym się w zabawowym stylu zwiastunie atmosfera z sekundy na sekundę gęstniała, aż w końcu mogliśmy obserwować desperacką próbę Michelle wydostania się z zamknięcia, przy rozpaczliwych protestach Howarda. Naturalność tych protestów płynnie kierowała ciekawość widza w stronę głównej kwestii, nurtującej później niemal przez cały seans. Czy Howard to szaleniec i wszystko pozmyślał, czy też na powierzchni rzeczywiście podziało się coś strasznego? W pewnym sensie to gdybanie przysłania nieco istotniejszy motyw filmu, a mianowicie przemianę Michelle w prawdziwą heroinę.

Najfajniejsze i najciekawsze w obu filmach z logiem „cloverfield” jest bowiem to, że ich fabuły można śmiało odczytywać jako metaforyczne oddanie stanu ducha głównych bohaterów. W takiej perspektywie „Projekt: Monster” da się interpretować jako wizualizację rozpierduchy uczuciowej której doświadczał Rob, a z kolei „10 Cloverfield Lane” można traktować jako opowieść o ofierze przemocy domowej i jej stanie ducha w kolejnych stadiach rozgrywki z oprawcą. Bowiem przez długi czas tak naprawdę nie wiadomo, jaki będzie rezultat tego, również aktorskiego pojedynku. Odtwarzający Emmeta John Gallagher Jr. jest przez cały czas w tle, natomiast pierwsze skrzypce grają John Goodman (który wreszcie dostał rolę nie jedynie dekoracyjną, jak ostatnimi czasy) i bardzo przekonująca w roli Michelle, Mary Elizabeth Winstead. To pojedynek w klaustrofobicznych realiach, emocjonujący, kameralną fabułą przypominający niedawne „Hidden” i „Z jak Zachariasz„. Różnica jest taka, że „10 Cloverfield Lane” bardziej porządził w box-office, ale to już gwarantował spory sukces poprzednika i nazwisko J.J. Abramsa, jako głównego producenta filmu. Choć z kolei ów fakt zapowiada przecież nieuniknione, fabularne zwroty i przeświadczenie widza o tym, co może czekać jego i bohaterów za drzwiami bunkra. Niemniej, z pewnością warto się o tym samemu przekonać.

grindhouse 3 -sk za grosze
Poprzedni

Grindhouse vol. 3 - Stephen King za grosze

Taurus Media
Następny

Lazarus # 3: Konklawe - krew i polityka [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz