KINO / DVD 

31 – popkulturowa rzeź piłami mechanicznymi [recenzja]

Najnowszy film Roba Zombie „31” to punkt zwrotny w karierze reżysera i rockmana. Trzynaście lat po swoim słynnym debiucie „Dom 1000 trupów” Zombie zatoczył koło i powrócił do zabójczych klaunów. Autoplagiat? A może poprawianie błędów z młodości?

Rob Zombie chyba nigdy nie ukrywał faktu, że jego filmy to zabawa w kino. Oto pasjonat tandety pewnego dnia uznał, że ma dość i zacznie sam kręcić filmy, jakie lubi oglądać. A że tonami pochłaniał kino grozy i thrillery klasy „Z” (zwłaszcza z lat 70. i 80.), takie też robił filmy. W swoim głośnym a dziś otoczonym kultem debiucie „Dom 1000 trupów” w dziewięćdziesiąt minut projekcji wrzucił chyba każdy element kina grozy jaki przyszedł mu do głowy. Mieliśmy zatem i rodzinę szaleńców, nekrofilię, obdzieranie ze skóry, kanibalizm, ale też i szalonego naukowca, monstra i zombie pływające w podmokłych grobach (jak z Lucio Fulciego). Oczywiście były kobiety – zarówno zdegenerowane morderczynie jak i niewinne ofiary. Krytycy na debiucie powiesili chyba wszystkie okoliczne psy, ale fanom to nie przeszkadzało. Tani, robiony przez amatorów film otoczono kultem. Dwa lata później Zombie nakręcił jego kontynuację „Bękarty diabła”, które zarobiły jeszcze więcej i sprawiły, że jeszcze więcej ludzi pokochało kino Roba Z. Potem było różnie. „Halloween” z dość zgrabnym, choć kuriozalnym pomysłem na otwarcie, okazało się całkiem udanym remake’iem klasycznego slashera, ale już jego kontynuacja sukcesu nie powtórzyła. Nieudali się także „Panowie Salem” – wariacja na temat satanistycznego horroru, w której Zombie zadbał o klimat, wizję, ale zapomniał o fabule i postaciach.

O „31” krążyły plotki od dwóch lat. Jedne z pierwszych głosiły, iż będzie to zamknięcie zapoczątkowanej „Domem…” i „Bękartami…” trylogii o gangu Firefly.  Zombie dość szybko się od nich odciął, ale… Gdy okazało się, że w „31” na niewinnych bohaterów polować będzie gang krwiożerczych klaunów, fani znów zaczęli swoje spekulacje. Po dwóch latach walki z produkcją, cenzurą (wersja ostateczna filmu ukaże się dopiero na DVD jako Zombie Cut), „31” w końcu doczekało się premiery. Skromnej, tylko na VOD i w kilku kinach, bo mimo cięć cenzorskich film wciąż był zbyt brutalny, aby trafić do szerokiej dystrybucji. Czy zatem rzeczywiście jest to zamknięcie trylogii Firefly? I czy jego okrucieństwo faktycznie wbija w fotel powodując u widzów odruch wymiotny?

Zacznijmy zatem od początku. Nie. To nie jest kolejna opowieść o rodzinie Firefly’ów. Ale nie ulega wątpliwości, że Zombie pisząc scenariusz, odświeżył sobie swoje dokonania i w najnowszym filmie postanowił złożyć hołd… samemu sobie. Wiem, brzydko to brzmi. To inaczej – oglądając „31” trudno nie zauważyć, że Zombie starszy o trzynaście lat i z większym filmowym doświadczeniem, powrócił do swojej pierwszej historii, poprawiając wszystko to, co było tam dziełem amatora pasjonata. Od razu podkreślam – to nie jest remake „Domu 1000 trupów”. To wariacja na podobny temat, tyle że stworzona przez o wiele bardziej doświadczonego i skupionego na pracy twórcę.

Akcja „Domu…” toczyła się w nocy 31 października 1977 roku. „31” zaczyna się 30 października roku 1976. W debiucie do domu psychopatów trafiały dwie pary studentów. Tu w sidła grupy zwyrodnialców grających w tytułową grę „31”, wpadają pracownicy lunaparku. Zasadnicza różnica fabularna polega na tym, iż w „31” do czynienia mamy z grą w zabijanie, a zwyrodnialcy przyglądają się jak nasi bohaterowie walczą z kolejnymi zabójcami przebranymi za klaunów. W „Domu…” złem była rodzina. Oba filmy różnią się zatem zawiązaniem fabularnym, ale łączą je poszczególne sceny. Jak choćby tak kluczowa, w której źli porywają tych dobrych. W „Domu…” psychopaci ukryli się za strachami na wróble. W „31” jest identycznie. Z tym, że w najnowszym filmie Zombiego sekwencja porwania jest lepiej zmontowana i o wiele bardziej okrutna.

Montaż, ujęcia, praca kamer, wreszcie pomysły na złych klaunów – na tej płaszczyźnie na pewno „31” radzi sobie o niebo lepiej niż słynny debiut. Widać że przez ponad dekadę Zombie wypracował sobie swój szalony język filmowy, w którym pełno odniesień do popkultury, bohaterowie mówią dialogami z innych filmów, a sceny morderstw stworzone są z pietyzmem godnym sztuki najwyższej, a nie taniego horroru. I tu wracamy do postawionego wcześniej pytania. Tak. To jest niebywale okrutny film. Mizoginistyczny, brutalny, chwilami niemal parszywy. Trzeba jednak pamiętać, że Zombie od początku swojej kariery pławi się we krwi, a czynienie zarzutu specowi  od okrutnego, gatunkowego  kina, że epatuje okrucieństwem, jest co najmniej zabawne. Zombie taki jest. Owszem – jest to przemoc bezsensowna, często wprowadzana tylko po to, aby razić i irytować widza, ale takie też jest jej założenie. Podobnie rzecz ma się z programowym mizoginizmem świata przedstawionego. Faceci są tu parszywi, traktują kobiety podle i źle. Choć z drugiej strony i one (bohaterki, a zawłaszcza grana przez żonę reżysera, Sheri Moon Zombie,  Charly) nie pozostają mężczyznom dłużne i szybko przejmują role samców. Z wszystkimi tego konsekwencjami.

Wielu krytyków na świecie zarzuciło „31” chaos i fabularną niespójność. Kolejny argument z którym w przypadku filmów Zombiego trudno poważnie dyskutować, bo niemal każdy jego film składa się z elementów pozornie niezbornych. Tu mamy cyrkowców, seryjnego zabójcę socjopatę, orgiastyczne stowarzyszenie rodem z XVIII-wiecznej Francji, no i psychopatów w strojach klaunów. Sporo tych elementów. Ale o dziwo tym razem Zombie nad nimi panuje, a świat w „31” jest wiarygodny, choć obrzydliwy i plugawy.

Jest jednak rzecz, której fanom „Domu…” będzie tu brakować najbardziej. Otóż Zombie wraz ze zdobytym doświadczeniem filmowym, stracił część swojej szalonej twórczej energii. „Dom…” był dziełem radosnego dzieciaka, który trochę z ciekawości, a trochę z przekory bawił się montażem, ujęciami tworząc dziwaczny filmowy świat, w którym koegzystowały na równych prawach niemal wszystkie filmowe stylistyki. Tu tego nie ma. „31” z minuty na minutę pogrąża się coraz głębiej w morzu krwi, ale nie szaleństwa. Zombie bowiem panuje nad wszystkim i opowiada swoją historię w bardzo zwarty narracyjnie sposób. Czy to źle? Szczerze? Nie mam pojęcia. Na pewno  żal tej gówniarskiej energii. Zabawy i technicznej żonglerki. Tyle, że gdyby każdy z tych elementów był w „31” obecny, film utonąłby nie w morzu krwi, a autoplagiatu pomieszanego z kiczem.

A tak otrzymaliśmy film, który z jednej strony pokazuje, że Zombie w swojej klasie, czyli celowym „kinie klasy Z” osiągnął poziom mistrzowski. Z drugiej pierwszy od lat slasher, którego oglądanie w kilku chwilach autentycznie boli. Że nie jest to kino dla wszystkich wiemy. Że zniesmacza i może irytować prostotą konstrukcji i postaci też. Ale to jednak naprawdę kawał dobrego parszywego kina. W czasach kiedy parszywość świata zastąpiły meble z Ikea, powinniśmy się cieszyć, że ktoś taki jak Zombie stoi jeszcze na straży mizoginistycznego, samczego kina grozy z morzem krwi i wymyślnymi scenami tortur. Niby nic, ale fani docenią.

mr-robot-2
Poprzedni

Mr. Robot: sezon 2 - schiza przed drugą fazą [recenzja]

decalogue-t1-2-cover-excl-01_e0
Następny

Dekalog t.1 - Szatańskie Kadry [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz