KINO / DVD 

Alicja po drugiej stronie lustra – Alicji zabawy z czasem [recenzja]

Po sześciu latach od premiery „Alicji w Krainie Czarów”, widzowie doczekali się kontynuacji wielkiego hitu Tima Burtona. „Alicja po drugiej stronie lustra” ma z pewnością lepiej poukładaną fabułę, ale i podobnie jak pierwsza część, niewiele wspólnego z książkowym pierwowzorem.
Nową odsłonę przygód panny Kingsleigh ogląda się lepiej niż pierwszą część, bo po prostu ma bardziej angażującą fabułę.

Te sześć lat temu zachodziłem w głowę nad wielką popularnością filmowej „Alicji w Krainie Czarów”. Czy obraz Burtona spodobał się widzom, ponieważ był obrazem Burtona? Czy dlatego, że był kolorowy, miał zabawne postacie i był w stanie zauroczyć dzieciaki? A może po prostu wstrzelił się idealnie w rosnącą w szalonym tempie modę na 3D – był przecież pierwszym po „Avatarze” filmem, który musiał zaspokoić oczekiwania pożądających trójwymiarowych wrażeń widzów. Przypadek to fascynujący, ponieważ „Alicja w Krainie Czarów” jest po prostu nudnym filmem, w którym twórcy tworząc coś w rodzaju kontynuacji książkowego pierwowzoru, z premedytacją wykorzystali kultowe, zakorzenione w kulturowej tradycji motywy i postacie. Od razu przypomina się przypadek dobranockowego „Kubusia Puchatka”, w którym literacki duch oryginału został przemielony przez  disneyowską maszynkę do robienia pieniędzy. Tim Burton jakoś do tego równania nie pasuje, to przecież twórca z oryginalną wizja, ale przecież i jemu zdarzały się nie raz potknięcia i do nich właśnie można zaliczyć „Alicję w Krainie Czarów”. O dziwo, nową odsłonę przygód panny Kingsleigh ogląda się lepiej, bo po prostu ma bardziej angażującą fabułę.

Pierwszą „Alicję” można było odczytywać jako manifest kobiecej niezależności, a jej całą przygodę w Krainie Czarów jako metaforę dochodzenia do takiego właśnie stanu. Alicja odmawiała zamążpójścia z pewnym, odpychającym lordem i jako kapitan statku wyruszała wytyczać nowe, handlowe szlaki. W drugiej części wraca do Anglii po trzech latach podróży, a rzeczywistość ponownie rzuca jej kłody pod nogi. Podczas nieobecnośc jej matka zastawiła ich rodzinny dom – aby go odzyskać, Alicja musi oddać niegdysiejszemu kandydatowi do jej ręki swój ukochany statek. Ta życiowa komplikacja kończy się rzecz jasna tym, że bohaterka ponownie ląduje w Krainie Czarów, gdzie znowu będzie miała do wykonania pewną misję, tyle że tym razem jak sama bohaterka przyznaje, misja ta jest niemożliwa do wykonania.

O co chodzi? O to, że Szalony Kapelusznik ma poważne problemy i dosłownie niknie w oczach. Dawno dawno temu, na rozkaz Czerwonej Królowej smok Dżaberłok uśmiercił jego rodzinę. Po latach, bohater grany przez Johna Deppa znajduje niespodziewanie rodzinną pamiątkę,  która zdaje się temu faktowi zaprzeczać. Wszyscy wokół wiedzą, że rodzina Kapelusznika zginęła, przyznaje to nawet Alicja i niemożliwym jest zmiana tego faktu. Chyba, że istniałaby możliwość cofnięcia się w czasie i zapobiegnięcia temu wydarzeniu – a przecież w Krainie Czarów takie rzeczy powinny być chyba możliwe. Problem tkwi w tym, że czas, a raczej Czas okazuje się być osobą, która pieczołowicie strzeże swoich tajemnic, ma niezłomne zasady i przede wszystkim twierdzi, ze przeszłości nie da się zmienić. Co oczywiście dla Alicji wcale nie jest argumentem, który zdoła odwieść ją od próby zmiany stanu rzeczy.

Obok znanych z poprzedniej części postaci, w drugiej pojawiają się nowe, na czele z odtwarzającym role Czasu i nieźle w niej wypadającym, Sachą Baronem-Cohenem. Twórcy tym razem nie starają się udawać, że ekranizują wiernie prozę Lewisa Carrola, czy choćby jej elementy – tego rodzaju ekwilibrystykę starał się uprawiać Burton, co spowodowało, że jego wersja rozłaziła się w szwach.  Z jednej strony chciał zachować literackiego ducha pierwowzoru, z drugiej zaproponować składną, dążącą do określonego rozwiązania fabułę, co się niestety wzajemnie wykluczało. Nowy reżyser, James Bobin,  nie udaje, że jego „Alicja” jest ekranizacją książki. Owszem, wrzuca do filmu elementy, które sugerują powinowactwo z książkami Carolla, pokazując przykładowo genezę Długiego Podwieczorku, czy rozwiązując zagadkę ukradzenia i zjedzenia pewnego ciastka, ale przede wszystkim skupia się na ułożeniu atrakcyjnej, posiadającej ręce i nogi fabuły. A jako że jestem od zawsze zwolennikiem filmowych, czy po prostu popkulturowych zabaw z czasem, oglądanie jak odnajduje się w nich Alicja sprawiało mi po prostu przyjemność. I tylko czasem tliło się we mnie pragnienie, żeby fabuła potoczyła się innym, nieprzewidywalnym  torem – najlepiej takim, w którym wrzeszcząca za każdym razem z wielkim przekonaniem Helena Bonham Carter w roli Czerwonej Królowej, koniec końców urządza wszystkim (szczególnie tym irytującym) bohaterom rzeźnię, a ich główki spadają  z szafotu w rytm jakiejś skocznej, angielskiej melodii. Ach, cóż to byłby za film!

13 Hours
Poprzedni

13 Hours: The Secret Soldiers of Benghazi - Michael Bay w dobrej formie [recenzja]

Vertigo Films
Następny

Kill Command - perełka za bezcen [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz