KINO / DVD 

American Ultra – ujarany agent [recenzja]

„American Ultra” miało być radosną kpiną z konwencji tak thrillera szpiegowskiego, jak komedii o straceńcach. Ale coś po drodze nie wyszło, a film Naima Nourizadeha zamiast bawić, nuży. I nawet joint tego niestety nie zmieni.

 

„American Ultra” miało być jednym z filmów, które wylądują na mojej liście „top 5 2015”. Prosty, ale dowcipny punt wyjścia – a co jeśli osiedlowy lump, ćpun i życiowy frustrat, tak naprawdę jest super tajnym agentem. Świetna obsada – Jesse Eisenberg, Kristen Stewart, John Leguizamo, Bill Pullman. Reżyser, który błysnął jedną z najbardziej kasowych komedii ostatnich lat, czyli „Projektem X”. No i wreszcie wisienka na torcie – autorski scenariusz Maxa Landisa, syna Johna, jednego z moich ukochanych reżyserów. Max kilka lat wcześniej napisał bardzo dobrą „Kronikę” a z ojcem zrobił szaloną „Kobietę-Jeleń”, jeden z najlepszych odcinków serialu „Mistrzowie grozy”. W dodatku Stephen King rozpływał się w zachwytach nad filmem… (Dobra, przyznaję, zachwyty Kinga powinny być pierwszym znakiem, że coś tu nie gra.) I co? No i nico…

Wszystko zaczyna się kapitalnie. Oto Mike Howell – nieudacznik nad nieudaczników. Cierpi na wszelkie możliwe psychozy, panicznie obawia się wyjechać ze swojego miasta i cały czas chodzi ujarany. W życiu dla niego liczą się trzy rzeczy – miłość do Phoebe, wymyślane przez niego komiksy o super małpie i blanty. Pewnego dnia Mike zapala pod sklepem, w którym pracuje skręta, co rejestruje szpiegowski satelita. W siedzibie CIA zapala się czerwone światełko. Nie wiemy, co prawda, co to oznacza, ale niczego dobrego nie wróży. Zwłaszcza, że odpowiedzialnym za namierzenie Mike’a jest pewien młody agent karierowicz. Tu zaczyna się film właściwy, czyli zapewne w zamierzeniu twórców parodia szpiegowskich thrillerów w rodzaju „Tożsamość Bourne’a”. Piszę w zamierzeniu, bo największym problemem „American Ultra” jest to, iż jest to film absolutnie nieśmieszny.

Owszem zdarzają się zabawne momenty, jak choćby agent gej, który próbuje wysłać „słit focię” swojemu partnerowi, przebudzenie talentów Mike’a, czy rola Johna Leguizamo, ale całość niestety zmierza w nijaką i nieśmieszną stronę. Jako szpiegowski thriller „American Ultra” jest zbyt przewidywalne i banalne. Jako komedia – mało zabawne. Ogląda się to oczywiście dobrze, bo realizacyjnie nie można tu ekipie nic zarzucić, ale całość nie wywołuje żadnych emocji. Ot kolejny film z wybuchami i kilkoma żartami dla geeków. Szkoda, bo potencjał w tej historii tkwił ogromny. Ale brak zdecydowania gatunkowego twórców i niestety – muszę to przyznać – dość sztampowy scenariusz sprawiły, że „American Ultra” zamiast olśniewać zabawą popkulturowymi kliszami, zwyczajnie nudzi. A to chyba najgorsze, co może spotkać film, który miał być docelowo radosną kpiną z konwencji i gatunku. Szkoda. Nie wyszło.

riverside love fear and the time machine
Poprzedni

Love, Fear and the Time Machine - Bez eksperymentów [recenzja]

fot. Bob Gruen
Następny

John Lennon: piosenki ulubione

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz