KINO / DVD 

Anomalisa – być jak Charlie Kaufman [recenzja]

Z każdym kolejnym filmem Charlie Kaufman staje się bardziej smutny, niż śmieszny. Wygląda na to, że taki miał plan od początku – najpierw wyrobić sobie renomę intrygującego scenarzysty w pomysłowy sposób łączącego elementy surrealistycznej komedii z dramatem,  a finalnie, już jako reżyser, przytłoczyć nas ciężarem coraz bardziej kafkowskich wizji.
Pytanie, czy aby ktoś tu nie zwariował, nasuwa nam się w pierwszych minutach „Anomalisy”, kiedy przysłuchujemy się  kolejnym rozmowom bohatera filmu, Michaela Stone’a. Coś jest tu nie w porządku.

„Być jak John Malkovich”,  „Adaptacja”, „Zakochany bez pamięci” – z filmów ze scenariuszami Kaufmana najbardziej zapadały w pamięci surrealistyczne, fabularno-inscenizacyjne pomysły, pokręceni, nietuzinkowi bohaterowie i totalne wypięcie się na typową, hollywoodzką narrację. To były obrazy, w których mieliśmy pełny wgląd w głowy  neurotyków i ich widzenie świata. Jakby scenarzysta przejął schedę po wczesnym Woody Allenie. Dzisiaj Woody Allen wydaje się czerpać z tworzenia kolejnych dzieł prawdziwą przyjemność, jest juz na innym etapie, tańczy w kółko i bawi się, zamiast przeżywać. Kaufman zaś, z pomocą coraz bardziej przytłaczającego surrealizmu – krzyczy.  O tym, jak postrzega świat wokół siebie, o tym, że tworzy ponieważ nie ma innego wyjścia, o tym, że gdyby tego nie robił, najpewniej by zwariował. Pytanie, czy aby ktoś tu nie zwariował  nasuwa nam się w pierwszych minutach „Anomalisy”, kiedy przysłuchujemy się  kolejnym rozmowom bohatera filmu, Michaela Stone’a. Coś jest nie w porządku. Każda postać, z którą spotyka się Michael mówi jakoś podobnie. Najpierw odrzucamy tę hipotezę, potem jednak musimy się z nią pogodzić. Co więcej, wszyscy wokół bohatera nie tylko mówią jednym głosem, ale mają właściwie te same twarze. Prosty, formalny zabieg, a jakże skutecznie budujący indywidualną wizję świata. Ów świat monotonnie, przy dźwiękach budującej lekki nastrój niepokoju muzyki, przewija się przed naszymi oczami. Co to ma być, film, czy życie od którego zazwyczaj w kinie chcemy uciec? I to jeszcze odtwarzane przez lalki? A tak, bo „Anomalisa” to film z lalkami, zrealizowany w technice animacji poklatkowej.

Jeśli nie pamiętacie, to lalki były również w „Być jak John Malkovich”. Bohatera tego filmu, lalkarza Craiga zżerało pragnienie by móc w pełni wejrzeć w życie drugiej osoby. „Anomalisa” przynosi krańcowo inną sytuację. Tu nie ma sensu i potrzeby wnikać w życie innej osoby, bo wszyscy wokół bohatera są tacy sami i przed tym stanem rzeczy praktycznie nie ma ucieczki. Trop co do takiego postrzegania świata zawiera się w nazwie hotelu, w którym jedną noc ma spędzić bohater – The Fregoli. Zespół Fregoliego to znane w psychiatrii zaburzenie polegające na przekonaniu, że różni ludzie z którymi na co dzień się spotykamy, to tak naprawdę jedna, zmieniająca swój wizerunek osoba. Michael Stone jest zmęczonym życiem pisarzem poczytnych poradników, jego specjalnością jest obsługa klienta. Wygłasza odczyty, jeździ na promocje, spotyka się z ludźmi, którzy koniec końców zlewają mu się w głowie w jedną osobę. Co dzień to samo, rutyna, nuda, pustka. Czy chory jest tylko on, czy cały świat? Czy tak właśnie ma wyglądać rzeczywistość, w której najwyraźniej zabrakło miejsca na aranżującego wszystko puppet mastera? O dziwo, właśnie w wykonaniu lalek, w ich monotonnych, posuwistych ruchach,  naśladowanie ludzkiego życia wydaje się być wyjątkowo przekonujące. Jakby Kaufman znalazł złoty środek na opowiedzenie, czy raczej wyrzucenie z głowy  tej trapiącej go pewnie latami historii.

Fabuła toczy się jednostajnie, dopóki  Michael Stone nie napotyka na swojej drodze Lisy. Lisa mówi własnym głosem, przez co wzbudza fascynację i nadzieję u bohatera. Jest przełomem, nową miłością, zmianą. Ma niezwykły głos Jennifer Jason Leigh, która z piosenki Cyndi Lauper o pragnących trochę zabawy dziewczynach tworzy prawdziwą poezję. Michael jest ich spotkaniem urzeczony. Ma nagle nowe, życiowe plany, kolejna zwykła noc, którą miał spędzić w hotelu ukazuje się być czymś cudownym. Jak to się wszystko skończy?

Pamiętajmy, to przecież Charlie Kaufman. Surrealizm musi  wyciągnąć  swoje szpony i bezlitośnie chwycić Michaela. Już wcześniej, w tej wizji monotonnego życia były typowo kaufmanowskie wyłomy. Ot choćby ów erotyczny, japoński  gadżet, kupiony przez bohatera na prezent dla małego syna w sklepie z zabawkami dla dorosłych. Surrealizm, choć wizualnie dla nas atrakcyjny, jest jednak odmianą koszmaru. Z jego totalnym natężeniem, będącym koszmarem splotu fikcji naszego życzeniowego postrzegania świata w zderzeniu z realnością mieliśmy do czynienia w poprzednim filmie twórcy,  „Synekdosze, Nowy Jork”.  W „Anomalisie” Kaufman jest trochę bardziej łaskawy dla odbiorcy. Odsuwając na bok bolączki swojego filmowego alter ego, nagle przestaje opowiadać jedynie o sobie  – trzeba tylko uważnie oglądać film do ostatniej, kluczowej, skąpanej w świetle sztucznego słońca sceny. Wynika z niej, że jednak da się inaczej postrzegać świat i nikt, nawet najzdolniejszy artysta, nigdy nie będzie miał monopolu na prawdę.

 

MAG
Poprzedni

Rzeczy ulotne - arcydzieła i nic specjalnego [recenzja]

E1
Następny

Nothing's Impossible - mała soulowa perełka [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz