KINO / DVD 

Ant-Man – mrówki górą [recenzja]

W trakcie seansu trudno się nie zastanawiać, jak wyglądałby „Ant-Man” w reżyserii Edgara Wrighta, natomiast wersja, pod którą podpisał się Peyton Reed, jest produkcją nad wyraz udaną. Filmowe uniwersum Marvela zyskało nowego, ekscytującego bohatera.

Edgar Wright („Wysyp żywych trupów”, „Scott Pilgrim kontra świat”) pracował nad „Ant-Manem” przez kilka lat, ale ostatecznie nie dogadał się z producentami w „kwestiach kreatywnych” i zrezygnował z udziału w projekcie. W filmie Peytona Reeda ten brak jest z początku rzeczywiście odczuwalny, przede wszystkim w tempie i stylu opowiadanej historii, która pod wodzą Wrighta byłaby o wiele żywsza i dynamiczniejsza, zapewne nieco bardziej ekscentryczna pod względami realizacyjnymi oraz opierająca się najbardziej schematycznym rozwiązaniom fabularnym. Wright był reżyserem idealnym do „Ant-Mana”, bowiem wszystkie jego wcześniejsze filmy wyróżniały się wizualnie i miały w sobie coś z szalonej powieści graficznej, choć nigdy adaptacjami komiksów nie były (wyłączając „Scotta Pilgrima”). Nie można jednak jednoznacznie stwierdzić, że „Ant-Man” stał się przez odejście Wrighta filmem słabszym, bowiem Peytonowi Reedowi udało się obronić swoją i producentów wizję.

„Ant-Man” nie wywraca konwencji do góry nogami, ale wprowadza pewną dozę świeżości w ramy filmowego uniwersum Marvela.

Co więcej, Reed podkreślił bardzo mocną narracyjną tożsamość oraz wizualną odmienność swojego „Ant-Mana„. Nie stworzył po prostu kolejnej wersji tego samego schematu, który jest skutecznie przerabiany od czasu pierwszego „Iron Mana” Jona Favreau, lecz dodał coś od siebie. Jest to oczywiście film przedstawiający światowej widowni nowego superbohatera, więc opowiadana na ekranie historia jest standardowo dość przewidywalna i oczywista, żeby nie było żadnych niedopowiedzeń, ale całość wyróżnia się na tle pozostałych produkcji z filmowego uniwersum Marvela. „Ant-Man” wydaje się być w jakiś dziwny sposób atrakcyjniejszy, lżejszy, skuteczniejszy, świeższy, zabawniejszy. Nie widać w nim odczuwalnej w „Czasie Ultrona” lub kolejnych częściach „Thora” i „Kapitana Ameryki” presji rozdzielania każdej sekwencji na kilku superbohaterów lub ultrazłoczyńców oraz budowania fabuły pełnej wydarzeń, które będą miały większe znaczenie w innym filmie, który jeszcze nie powstał lub dopiero jest kręcony.

„Ant-Man” zostaje złączony z uniwersum Marvela poprzez fakt powiązania fabuły z poczynaniami ekipy Avengers, ale Reed i scenarzyści ustawiają swojego bohatera z boku głównej osi wydarzeń z wcześniejszych filmów. Scott Lang, czyli tytułowy Ant-Man, idealistycznie usposobiony złodziej, który dostaje okazję do odkupienia swoich win i przywdziania kostiumu pozwalającego mu zmniejszać się na zawołanie do rozmiaru mrówki, stoi niejako w opozycji do imperium Nicka Fury i Avengers. A jego zleceniodawca, genialny naukowiec Hank Pym, który próbuje uratować świat przed kolejnym technologicznym szaleńcem, traktuje Tony’ego Starka i jego firmę jak zło konieczne. Takie podejście pozwoliło również na nieco inny stosunek do scen akcji, które są odpowiednio efektowne, ale jednocześnie nie próbują przebijać się z konkurencją na to, kto zniszczy więcej, szybciej i atrakcyjniej. Podobnie jest z poziomem dowcipów oraz popkulturowych nawiązań, które są inteligentne i zabawne, ale także wpisane w opowiadaną na ekranie historię.

Co jednak najważniejsze, takie podejście pozwoliło zabłyszczeć zarówno Paulowi Ruddowi (Lang), Michaelowi Douglasowi (Pym) oraz Evangeline Lilly (córka Pyma, Hope), jak i drugoplanowemu tercetowi podekscytowanych wszystkim złodziei, którzy pomagają protagonistom w pewnej niebezpiecznej misji. Postaci są wyraziste i dostają odpowiednią do swojej roli ilość czasu ekranowego, by zapisać się w pamięci widzów. Zawodzi jedynie Corey Stoll jako czarny charakter, ale do słabo napisanych i jednowymiarowych złoczyńców produkcje Marvela zdążyły już przyzwyczaić. Znakomitą pracę wykonali także artyści od efektów wizualnych, którzy pomogli uwiarygodnić sceny, w których malutki Ant-Man wraz z armią sterowanych myślami mrówek dokonuje infiltracji tajnych laboratoriów lub po prostu odkrywa na potrzeby widza realia mikroskopijnego świata. Sporą przeszkodą może być zalewająca pustą wannę woda przybierająca postać ogromnej fali, a lampa ogrodowa okazuje się mieć potencjalnie śmiercionośne właściwości.

„Ant-Man” nie wywraca konwencji do góry nogami, jest w gruncie rzeczy jedynie kolejnym solidnie zrealizowanym hollywoodzkim blockbusterem, ale wprowadza pewną dozę świeżości w ramy filmowego uniwersum Marvela oraz kina superbohaterskiego w ogóle. Reed, Rudd i reszta oferują lekką, atrakcyjną i pozbawioną większej ideologii, acz przyjemnie inteligentną rozrywkę, która potrafi zachwycić stworzonym na ekranie światem i jednocześnie nie opiera się na tanich chwytach oraz graniu na najniższych instynktach. Niby nic wielkiego, ale jednak sukces.

ŹRÓDŁO: ONET

The Beatles - Yesterday and Today
Poprzedni

Skandaliczne i zakazane okładki albumów muzycznych [galeria NSFW]

Warner Bros
Następny

Magic Mike XXL - rozmiar ma znacznie [recenzja]

Darek Kuźma

Darek Kuźma

Współpracownik Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz