KINO / DVD 

Ashby – proza życia na miękko [recenzja]

Czy można zrobić dobry film, którego fabuła na pierwszy rzut oka ocieka banałem, wręcz razi utartym schematem powielanych klisz kina obyczajowo-młodzieżowego? Otóż można. Udowadnia to Tony McNamara – scenarzysta i reżyser obrazu „Ashby”.
„Ashby” to film ciepły, gdzie dramat poszczególnych postaci jest stonowany inteligentnym humorem, sytuacyjny dowcip wypiera negatywne emocje podyktowane wydarzeniami ciężkiego kalibru. Nie jest to jednak kino miałkie, ckliwe, pozbawione nerwu.

Receptą na sukces sprzedania widzowi prostej historii o dorastaniu okazuje się zręcznie dobrana obsada i lekko przerysowana forma podania dzieła. Nat Wolff świetnie radzi sobie w roli nastolatka-odludka rzuconego na żer szkolnym mięśniakom z drużyny futbolowej, Sarah Silverman jest przekonująca jako samotna matka rozpaczliwie poszukująca akceptacji, często z poziomu rozporka kolejnego poznanego faceta, który raczył dostrzec w niej kobietę, Emma Roberts emanuje nienachalnym seksapilem, jak na nastoletni obiekt westchnień przystało. Wartością niewątpliwie dodaną, wręcz windującą jakość filmu o kilka oczek na recenzenckiej skali wydaję się być kreacja Mickey’a Rourke’a – kreacja płatnego mordercy szukającego odkupienia, której głębi na próżno szukać choćby w nie najlepszym „Killshot” z 2008r.

Fabuła obrazu McNamary traktuje o dorastaniu, o dojrzewaniu do pewnych dorosłych decyzji, o sztuce życia w harmonii z samym sobą, cenie, jaką płacimy za egzystencję zgodną z własnym sumieniem. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Siedemnastolatek musi dojrzeć do prawdy o swojej nieudolności, szczelnie skrywanej w kokonie racjonalizowanych lęków i niepowodzeń, samotna matka pogodzić się z własną kobiecością i przypisaną jej społecznie rolą, wreszcie emerytowany zabójca CIA, świadomy rychłej śmierci z powodu zaawansowanego nowotworu, musi stawić czoła moralnym rozterkom nieodłącznie związanym z wykonywanym przez niego „zawodem”. Splot z pozoru zwykłych zdarzeń doprowadzi do sytuacji, w której każdy dla każdego stanie się Morfeuszem boleśnie wybudzającym z odmętów Matrixa, życiowym katharsis, w końcu mentorem, który pozwoli na pojednanie się z rzeczywistością. A wszystko to reżyser serwuje widzowi w sposób lekkostrawny, ciekawy, bez zbędnego patosu i morału podanego bezpośrednio na srebrnej tacy.

„Ashby” to film ciepły, gdzie dramat poszczególnych postaci jest stonowany inteligentnym humorem, sytuacyjny dowcip wypiera negatywne emocje podyktowane wydarzeniami ciężkiego kalibru. Nie jest to jednak kino miałkie, ckliwe, pozbawione nerwu. Wzruszenia są prawdziwe, straty bolesne, potrzeba wzajemnej akceptacji i społecznej koegzystencji zasadne.

Polecam „Ashby’ego” z pełną odpowiedzialnością jako alternatywę dla mainstreamowego kina familijnego, jako twór w pełni wartościowy, choć nie noszący przecież znamion wiekopomnego arcydzieła. Jeśli polubiliście „Stań przy mnie” (na podstawie prozy Kinga) czy „Wielkiego Mike’a” ( na podstawie powieści Michaela Lewisa) z rewelacyjną kreacją Sandry Bullock, „Ashby” jest niewątpliwie dla was.

Przede wszystkim jednak polecam ten film fanom Mickey’a Rourke’a – nie pozamiatał tak aktorsko od czasów „Zapaśnika”.

Warner Bros TV
Poprzedni

Najciekawsze nawiązania do sagi Star Wars [film] [ serial]

Disney
Następny

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy - fani dostali to, czego chcieli [recenzja] [film] [sci-fi]

Juliusz Wojciechowicz

Juliusz Wojciechowicz

Rocznik ‘77, mieszkaniec Lublina. Prozaik, krótkoformista twórczo skupiony na literackiej grozie, grotesce oraz literaturze fantastyczno-obyczajowej. W 2015 roku jego opowiadanie Ostatni prezent otrzymało nominację do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Publikował w antologiach: Człowiekiem jestem (Morpho, 2013), Toystories (Morpho, 2014), Księga wampirów (Studio Truso, 2014), Horror na Roztoczu 2: Insomnia (Alter Manes, 2015). Pomysłodawca i współautor książek Pokłosie (Gmork, 2015), Hardboiled (Gmork, 2015), w przygotowaniu: Bez znieczulenia (Gmork, 2016).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz