KINO / DVD 

Assassin’s Creed – kolejna zmarnowana szansa [recenzja]

Gry komputerowe nie miały do tej pory szczęścia z ekranizacjami. Obok rzeczy które dało się strawić, jak pierwszy „Resident Evil”, czy „Silent Hill” pojawiły się jeszcze potworki pokroju „Bloodrayne” czy „Max Payne”, które to ciężko uznać za dzieła choćby poprawne. Szansa by odwrócić ten negatywny trend pojawiła się wraz z planowaną aktorską wersją historii o bractwie Asasynów.
Brak poświęcenia uwagi detalom historii sprawia jednak, że pomimo pędzącej jak huragan akcji i efektowanej oprawy, zaangażowania wykrzesać z siebie nie sposób.

Od growej serii „Assassin’s Creed” odbiłem się swego czasu tak boleśnie jak tylko się da, znużony monotonią pierwszej części, by nigdy do franczyzy nie powrócić. Słowem, przed seansem miałem dość liche pojęcie na temat całej otoczki fabularnej, co uznałem za monetę ze wszech miar dobrą – wszak film kierowany do kin ma w założeniach zadowolić nie tylko fanów gier, ale i możliwie dużą część widowni nastawionej neutralnie. Efekt w tym przypadku, jest jednak po raz kolejny raczej z tych średnich.

Przygodę z filmowym „Assassin’s Creed” rozpoczynamy w XV wiecznej Hiszpanii, by tam pokrótce dowiedzieć się o odwiecznej wojnie skrytobójców z uosobieniem wszelakiego zła na świecie, zakonem Templariuszy. Rzeczony konflikt rozbija się o mityczny artefakt zwany „Jabłkiem Edenu”, mający właściwości pozwalające na kontrolę wolnej woli całej ludzkości. Zanim jeszcze zdążymy się z owymi faktami oswoić, scenariusz przenosi nas do czasów współczesnych, gdzie poznajemy Calluma Lyncha, głównego bohatera całej intrygi. Jak się wkrótce okazuje, dzięki zastosowaniu futurystycznej technologii w postaci „Animusa”, kod DNA naszego protagonisty może pozwolić na wygenerowanie interaktywnych skrawków przeszłości z udziałem jego należącego do bractwa Asasynów przodka, a tym samym umożliwić zlokalizowanie zaginionego artefaktu.

Jeśli wydaje wam się, że powyższy opis jest przekombinowany – uwierzcie mi na słowo, w praktyce wygląda to jeszcze gorzej. Już sam fakt, że „Assassin’s Creed” rozgrywa się równolegle w dwóch przedziałach czasowych, wcale nie pomaga w odpowiednim zarysowaniu poszczególnych wątków, a jeśli dodać do tego choćby pseudo-naukowe wywody o możliwości leczenia wrodzonej agresji, można na poważnie spodziewać się zawrotów głowy. Punktem kulminacyjnym całości tego scenariuszowego nieładu jest zresztą obśmiewana przez zachód scena, w której mający chwilę wytchnienia Fassbender rzuca do siebie: „What the fuck is going on”. I niestety, jeśli twórcy chcieli zdobyć się w tym momencie na autoironię, trafili w dziesiątkę.

Mimo ewidentnych wad „Assassin’s Creed” nie jest filmem do szpiku kości złym. Brak poświęcenia uwagi detalom historii sprawia jednak, że pomimo pędzącej jak huragan akcji i efektowanej oprawy, zaangażowania wykrzesać z siebie nie sposób i co gorsza, w pewnym momencie można wręcz poczuć znużenie natłokiem informacji. Tym większy żal sprawia oglądanie marnującej się w schematycznych rolach utalentowanej obsady – w końcu Michael Fassbender, Marion Cotillard, Jeremy Irons i Brendan Gleeson to tandem który w założeniach mógłby pociągnąć każdy hollywoodzki blockbuster.

„Assassin’s Creed” niewątpliwie miał potencjał by zapisać się złotymi zgłoskami w historii ekranizacji gier komputerowych. Twórcy dali się jednak złapać w pułapkę wyjaśniania wszystkiego jak należy w ciągu niecałych dwóch godzin seansu i polegli przy tym z kretesem, zamiast epickiej historii na przestrzeni dziejów tworząc kolejne kino przygodowe, opowiadające w sumie o niczym. Szkoda.

the-terror
Poprzedni

Najciekawsze premierowe seriale w 2017 roku #2

me-andromeda
Następny

Czekając na "Mass Effect: Andromeda": siedem najlepszych gier Bioware

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz