KINO / DVD 

Autopsja Jane Doe – nie zadzieraj z trupami [recenzja]

Pierwszy amerykański film André Øvredala – norweskiego reżysera, twórcy głośnego „Łowcy trolli”, to to jeden z najlepiej skonstruowanych horrorów, jaki w ostatnich latach trafił do kin.

Tommy Tiden (Brian Cox) całe życie spędził w otoczeniu zwłok. Jest koronerem w prowincjonalnym, amerykańskim miasteczku. W prowadzeniu rodzinnego biznesu pomaga mu dorastający syn, Austin. Pewnego wieczora szeryf przywozi do ich zakładu zwłoki niezidentyfikowanej, młodej kobiety. Ponieważ sprawa jest pilna, Austin rezygnuje z randki i postanawia pomóc ojcu. Tak zaczyna się najdziwniejsza noc w ich życiu. Kobieta, której autopsję mają przeprowadzić okaże się bowiem bytem nie z tego świata, który zamieni ich pracę w prawdziwe piekło.

W swoim pierwszym amerykańskim filmie André Øvredal nie szarżuje, nie próbuje też bawić się gatunkiem. Za to powoli, metodycznie buduje napięcie, trzymając widzów bezustannie w niepewności. Cały ciężar narracyjny spoczywa tu na trójce głównych aktorów, czyli Brianie Coxie, Emilu Hirschu i wcielającej się w martwą panią Olwen Kelly. To na nich koncentruje się bezustannie kamera i to oni sprawiają, że „Autopsja Jane Doe” wciąga i hipnotyzuje. Gdyby Øvredal źle dobrał aktorów, cała misterna konstrukcja „Autopsji…” ległaby w gruzach. To bowiem postaci i relacje między nimi, nadają tempo opowiadanej historii.

Poza świetnym prowadzeniem aktorów, kilka słów pochwały należą się także scenariuszowi. W ostatnich latach przeżyliśmy zalew horrorów o opętaniach, demonach i nawiedzonych domach. Øvredal w „Autopsji…” skręca w stronę mniej uczęszczaną, a bardzo atrakcyjną – zemstę ciemnych mocy. Leżąca na stole prosektoryjnym kobieta, okaże się bowiem bytem przesiąkniętym złem, któremu radość sprawia dręczenie śmiertelników. I robi to w znakomity sposób, a „Autopsja Jane Doe” przywraca wiarę w prostotę narracji. Bo przecież Øvredal w swoim filmie nie wymyśla w horrorze niczego nowego. Starszy nas a to gasnącym światłem, a to znikającymi zwłokami, czy burzą i ulewą. Wszystkie te chwyty znamy doskonale, ale mało komu udaje się dziś, użyć ich w kinie w tak sprawny technicznie sposób.

Jest zatem „Autopsja Jane Doe” horrorem czystym gatunkowo, sprawnym i chwilami autentycznie przerażającym. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne dzieła Øvredala będą równie udane, co amerykański debiut. Ma facet talent i wyczucie gatunku. Byle tylko Hollywood go nie zjadło.

 

 

 

 

velley-hell-seven
Poprzedni

Aż do piekła - western na nowo [recenzja]

godzilla-resurgence
Następny

Godzilla Resurgence - Tokio znowu w ruinach [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz