KINO / DVD 

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – nuda w trykotach [recenzja]

„Batman v Superman…” to filmowe wyzwanie, ale przede wszystkim dla naszych pośladków. Wysiedzenie w kinie blisko trzech godzin może skutkować odleżynami.

Zapewne należę do mniejszości, ale lubię patrzeć na filmy Zacka Snydera. Podkreślam – patrzeć. Snyder, człowiek, który wyrósł na teledyskach i reklamach, należy do grona reżyserów, którzy myślą obrazem i bardzo często pod obraz podporządkowują fabułę. Ujmując rzecz najprościej – nie ważna dla niego jest logika, istotne jest, jak to wszystko wygląda. I często wyglądało u niego imponująco. Masa slow-motion, czyli zwolnionych ujęć (które jak twierdzą złośliwi, wydłużają czas trwania), kapitalne pomysły operatorskie, montaż podporządkowany pod rytm grających w tle piosenek. Świetnie sprawdzało się to i w „Świcie żywych trupów”, i „300”, i „Sucker Punch” czy „Strażnikach”.  „Człowiek ze stali” był odejściem Snydera od ekranowych popisów. Z wszystkich filmów Snydera, jego Superman był najbardziej „normalny”, czyli opowiadany bez szalonych operatorsko-montażowych popisów. Wciąż lubię ten film (chyba najbardziej przez Kevina Costnera) i wydawało mi się, że zwiastował to, czym będzie „Batman v Superman” – klasycznie opowiedzianą historią z dużą ilością efektów. I tu niespodzianka.

Otwarcie „Batman v Superman” to Snyder, jakiego znamy. Młody Bruce Wayne jest świadkiem śmierci swoich rodziców. To otwarcie jest niemal w całości powtórką otwarcia z „Sucker Punch”. Mamy zatem masę zbliżeń, slow-motion, rozsypujące się korale, powoli opadające łuski… Trzyminutowy podpis stylu Snydera.  I tyle. Następne sto pięćdziesiąt minut projekcji nie będzie miało z wcześniejszymi filmami i stylistyką Zacka nic wspólnego. Ktoś powie – hurra. Czyli klasyczna opowieść. I tu pojawia się problem największy. O ile w „Człowieku ze stali” Snyder opowiadał historię, która miała swój początek, środek i koniec, tak tu historii nie ma żadnej. Dosłownie.

Po wprowadzeniu postaci Batmana (Ben Affleck, który nie wypada ani źle, ani dobrze), połączeniu „Człowieka…” z „Batmanem…” następuje ponad godzinny ciąg kompletnie nieprzystających do siebie scen. A to Batman ma wizje, a to Lois Lane trafia na pustynię, a to Lex Luthor knuje. Z tych rozsypanych sekwencji zapewne miała wyłaniać się powoli jakaś całość, ale niestety – nic takiego się nie dzieje. „Batman v Superman…” niemal do samego końca sprawia wrażenie montażowego wypadku przy pracy. Ktoś dał bardzo dużo pieniążków grupce filmowców, a ci nakręcili sobie masę osobnych scenek. Potem wrzucono to do montażowni i kazano ułożyć z tego film.  I ułożono. Tyle, że nie rządzi się nim ani logika, ani opowieść. Połowy ujęć mogłoby nie być, a drugą połowę można było zmontować w obojętnie, jakiej kolejności.

I to w „Batman v Superman…” zaskakuje najbardziej. Brak jakiejkolwiek reżyserskiej ręki panującej nad całością. Zupełnie jakby Snydera zatrudniono tylko po to, żeby pobawił się z kolegami, a potem specjaliści od rozrywki w wytwórni złożyli nakręcone scenki w takiej kolejności, jaka wydawała się im słuszna. Film bez reżysera – niestety mam wrażenie, że „Batman v Superman…” to jeden z tych przypadków. Nie wspominając o tym, że o scenariuszu również zapomnieli. Jak już pisałem – ta opowieść prowadzi donikąd, a niemal żadna z wprowadzonych postaci nie przykuwa tu naszej uwagi.

Niemal, bo w tym chaotycznym zbiorze sekwencji zdarzają się perełki. Świetna jest Holly Hunter w pani senator. Ale najlepiej wypada Jesse Eisenberg reinterpretujący postać Lexa Luthora. To zresztą jedyna postać w filmie, na którą był pomysł i która wywołuje jakieś emocje. Lex Luthor ad 2016 to takie połączenie Steve’a Jobsa z Markiem Zuckenbergiem. Radosny socjopata, dziecko korporacyjnego myślenia i nawiedzony naukowiec w jednym. Irytuje – owszem, ale musi – niemal każdy zadufany korpo-milioner tak się zachowuje. No a przemówienie, które wygłasza na imprezie – perełka. Tak, Jesse Eisnenberg jest tu jedynym aktorem, który naprawdę coś zagrał. Reszta wygląda. Gal Gadot jest seksowna i wojownicza, Ben Affleck to Ben Affleck, a Henry Cavill gra jak w „Człowieku…”.

Niestety współczesny korporacyjny Luthor nie ratuje całości, a film Snydera (czy kogoś, kto go finalnie zrealizował) niemiłosiernie nuży, staczając się przy tym w odmęty patosu (naprawdę chwilami aż puchną uszy, od wszystkich boskich porównań i ciężaru odpowiedzialności). Nie jest to dobry film. Choć oczywiście efekty są w nim powalające, to jednak wysiedzenie w fotelu kinowym po kwadransie staje się wyzwaniem o wiele większym niż pojedynek Batmana i Supermana.

Techland
Poprzedni

Daj się porwać Deponii Doomsady [konkurs]

Monolith Films
Następny

Hardcore Henry - gra w kinie [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz