KINO / DVD 

Bleed – Standardowy horror numer 314 [recenzja]

Są takie filmy, których recenzje można zamknąć w jednym słowie: badziew. Do tej grupy zalicza się niskobudżetowy horror bliżej nieokreślonej, acz wstydliwej, klasy, „Bleed”. I na tym jednym słowie mógłbym poprzestać, ale należą się Wam wyjaśnienia…
Spokojnie możecie zrobić listę typowych sytuacji z horroru i odznaczać punkt po punkcie.
Ciężarna Sarah wraz z mężem, Mattem, niedawno przeprowadziła się do małego miasteczka gdzieś na skraju wielkiego, zalesionego Nigdzie. Spraszają na grilla znajomych, a gdy znienacka pojawia się nawiedzony brat wraz z ujaraną partnerką, sprawy przybierają dziwny bieg. Pojawia się duch. Imprezowicze odkrywają, że tuż za ich domem pochowano małą dziewczynkę. Wieczorem zaś postanawiają wybrać się do nawiedzonego miejsca, żeby coś sobie udowodnić…
Mamy więc grupę ludzi, którzy pchają się tam, gdzie nie trzeba. Oczywiście, pośród nich trafi się lekkoduch, wariatka, zatroskana matka, racjonalista i czarnoskóry, który zginie. Wybaczcie spoiler.  Mamy ducha mordercy i tajemniczą dziewczynkę. Mamy zaawansowaną ciążę, noszoną w niesprzyjających warunkach. Mamy pozostałości po lokalnej sekcie.

Nie oczekuję od tego typu filmów jakichś niesamowitych innowacji. Niemniej, horror, gdzie w tle wybrzmiewają echa inspiracji „Silent Hillem” i „Dzieckiem Rosemary”, mógł okazać się całkiem soczystą rozrywką. Niestety, wszelkie pomysły utonęły w morzu banału, napędzanym głównie beznadziejnym scenariuszem.

„Bleed” działa zupełnie jak kiepskie porno z fabułą. Ktoś zlepił trochę drętwych, pretekstowych dialogów i sytuacji towarzysko-rodzinnych, by powstała małomiasteczkowa obyczajowa zapchajdziura przygotowująca nas na straszne momenty. Wszystko odegrane z wdziękiem, na jaki stać uczestników reality show i para-dokumentów. Choć trzeba przyznać, że odtwórczyni głównej roli, Chelsey Crisp, stara się jak może, a i Lyndon Smith jako wiedźmowata Skye daje momentami radę.

Jeśli zaś chodzi o straszydła i akcję zasadniczą, „Bleed” wypada blado. Podręcznikowo i bez polotu. Spokojnie możecie zrobić listę typowych sytuacji z horroru i odznaczać punkt po punkcie. I prawdopodobnie będzie to najbardziej intensywna rozrywka podczas 80-minutowego seansu. Chyba, że ktoś jeszcze naprawdę boi się wyskakujących znienacka straszaków.

Montaż i muzyka… gdzieś tam sobie są. Coś tam pobrzękuje i pojękuje, budując klimat. Trafiło się parę ładnych obrazków i psychodelicznych ujęć z małego miasteczka, ale przez większość czasu film ociera się o poprawność.

To film z najgorszej możliwej grupy. Przy wszystkich swoich wpadkach nie jest nawet zabawnie zły. To po prostu nijakie dziełko, o którym zapominamy zaraz po seansie – i to z pewną ulgą. Nawet w tej kategorii wagowej można znaleźć ciekawsze pozycje, które dostarczą zdecydowanie więcej rozrywki, może niekoniecznie intencjonalnej, ale zawsze. „Bleed” zaś – lepiej sobie odpuśćcie.

Albatros
Poprzedni

Czarne jak moje serce - piękny, choć mało zaskakujący kryminał [recenzja]

shut up and rawk
Następny

Shut Up and Rawk - Klasyczny hard rock ciągle żywy [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz