KINO / DVD 

Bone Tomahawk – diabeł tkwi w szczegółach [recenzja] [film] [western] [horror]

Nie jestem pewien czy skusiłbym się na to filmowe danie, gdyby nie obsada. Uwielbiam Kurta Russela, darzę należnym szacunkiem i sentymentalną sympatią Richarda Jenkinsa, Sida Haiga i Davida Arquette, bonusem w postaci Matthew Foxa, Patricka Wilsona czy zjawiskowo urodziwej Lili Simmons nie pogardzę, tym bardziej mariażem klasycznie naturalistycznego westernu z kinem grozy. Jednak obsada okazała się tak naprawdę „jedynie” smakowitą wisienką na przepysznym torcie – dziele, które objawia się swoją świetnością także na każdym innym polu.

Rewelacyjne zdjęcia Benji Bakshi’ego malują fabułę w sposób godny mistrzów tej sztuki, scenariusz idealnie prowadzi postaci, oddając ich charakter, przy okazji bardzo zręcznie przemyca wątki fabularne i merytoryczne w dialogach, zaś nienachalna i skromna w wyrazie ścieżka dźwiękowa podkreśla surowy klimat prawdziwie Dzikiego Zachodu.

„Bone Tomahawk” to film, który mnie zelektryzował. Dyskretnie zastawiał sidła każdym kolejnym kadrem, wprowadzał krok po kroku w stan półhipnotyczny, by w końcu zostawić ogłuszonego potężnym „ciosem kończącym”.

S. Craig Zahler – scenarzysta i reżyser tej produkcji – postawił na fabularną prostotę; jak czytamy w zdawkowym streszczeniu filmwebu: Czterech mężczyzn wyrusza na Dziki Zachód, aby uratować grupę jeńców z rąk kanibali.

„Bone tomahawk” to film, który elektryzuje. Dyskretnie zastawia sidła każdym kolejnym kadrem, wprowadzał krok po kroku w stan półhipnotyczny, by w końcu zostawić ogłuszonego potężnym „ciosem kończącym”.

Na szczęście finezja portalowego opisu nijak ma się do finezji filmowej narracji. Już pierwsza scena rabunkowych „dożynek” zapowiada formę podania historii bez użycia środków znieczulających. Bestialskiemu morderstwu popełnionemu bez emocji, z premedytacją, czysto mechanicznie, towarzyszy rozmowa o pierdołach, jakby dwie konsumenckie kwoki debatowały o zawartości tłuszczu w mleku, stojąc w dziale nabiału wielkopowierzchniowego sklepu. Potem akcja przenosi się do niewielkiej mieściny o wdzięcznej nazwie „Bright hope”, osadzonej na kompletnym zadupiu, gdzie życie toczy się leniwie, monotonnie, w pewien sposób sielankowo. W tę leniwą monotonię wkrada się niespodziewanie element chaosu w postaci podejrzanego włóczęgi; postrzelony w nogę i osadzony w areszcie zostaje zeń uprowadzony razem z pielęgniarką i pomagierem szeryfa przez „dziwnych”, niezwykle brutalnych Indian-kanibali. Za porywaczami rusza pościg = podstarzały szeryf, leciwy zastępca, miejscowy elegant-bawidamek oraz zrozpaczony mąż pielęgniarki.

Schemat budowania opowieści oraz kreowanie postaci przez Zahlera bardzo przypomina twórczość braci Coen, a dialogów nie powstydziłaby się poważna strona osobowości Tarantino. Każda, nawet z pozoru błaha, „akcja” budzi brzemienną w skutkach reakcję. Osią napędową działań bohaterów staje się poczucie obowiązku, honoru, przyjaźni i miłości bez względu na okoliczności. To zarazem ich przekleństwo i zbawienie.

„Bone Tomahawk” gotuje widza w sposób wyrafinowany, jak „głupiutką” żabę – powoli, stopień po stopniu podwyższa temperaturę wody w kociołku i kiedy dochodzi do wrzenia, biedny koneser ruchomych obrazków nie zdaje sobie sprawy, że klamka zapadła i nie ma odwrotu.

To film o męstwie, poświęceniu, o pięknych duszach zaklętych w piekle naturalizmu dzikiego świata, o potępieńcach ogarniętych zwierzęcą chciwością i bezosobowym czystym źle, wcielonym w bezduszne, prymitywne stwory. To prawdziwy hołd złożony epickiemu (anty)westernowi oraz ambitnemu kinie grozy – głęboki ukłon w stronę filmowej tradycji i popkultury. Piękno dzieła Zahlera zawiera się w detalach, w koronkowej robocie scenariuszowych smaczków (rozmowa o cyrku pcheł to prawdziwa perełka), w drobiazgowej scenografii oddającej realistycznego ducha epoki, w świetnej grze aktorskiej, zdjęciach, montażu. Sceny walk i pojedynków zapierają dech w piersi ich antywidowiskowością, naturalistyczną ascezą, swego rodzaju nieporadnością, a epicki rozmach wyprawy czwórki straceńców nosi znamiona prawdziwej filmowej poezji.

Znakomita jakość „Bone Tomahawk” tkwi, niczym przysłowiowy diabeł, w szczegółach. Takiemu diabłu z ogromna przyjemnością zaprzedaję duszę.

Timof i cisi wspólnicy
Poprzedni

Kong the King - Dziki się dziwi [recenzja]

Warner Bros
Następny

Charlize Theron - Królowa zmian

Juliusz Wojciechowicz

Juliusz Wojciechowicz

Rocznik ‘77, mieszkaniec Lublina. Prozaik, krótkoformista twórczo skupiony na literackiej grozie, grotesce oraz literaturze fantastyczno-obyczajowej. W 2015 roku jego opowiadanie Ostatni prezent otrzymało nominację do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Publikował w antologiach: Człowiekiem jestem (Morpho, 2013), Toystories (Morpho, 2014), Księga wampirów (Studio Truso, 2014), Horror na Roztoczu 2: Insomnia (Alter Manes, 2015). Pomysłodawca i współautor książek Pokłosie (Gmork, 2015), Hardboiled (Gmork, 2015), w przygotowaniu: Bez znieczulenia (Gmork, 2016).

1 Comment

  1. rust
    2015-11-18 at 15:19 — Odpowiedz

    Oglądaliśmy chyba dwa różne filmy. Mimo że film mi się podobał, czasami zęby bolały podczas oglądania kolejnych głupich, nielogicznych pomysłów scenarzysty.

Dodaj komentarz