KINO / DVD 

Carol – zakochane kobiety [recenzja] [film] [dramat] [romans]

Pięknie sfotografowana i opowiedziana historia zakazanej miłości między dwoma kobietami w purytańskiej Ameryce lat 50. to jeden z tegorocznych oscarowych pewniaków.

W 1950 roku Patricia Highsmith debiutowała jednym z najważniejszych thrillerów w historii gatunku – „Nieznajomymi z pociągu”. Rok później do kin trafiła adaptacja powieści autorstwa Alfreda Hitchcocka, a przed młodą pisarką otworzyły się drzwi do spektakularnej kariery. Tyle że Highsmith zamiast wydać kolejną powieść pod własnym nazwiskiem zdecydowała się na krok nietypowy. Jako Claire Morgan opublikowała groszowy romans lesbijski „The Price of Salt”. Groszowy, bo powieść została początkowo wydana w pulpowej serii Bantam Books, w której ukazywały się tanie skandalizujące powieści. „Price of Salt” zresztą sprzedawano, jako „gorszącą opowieść o miłości, na którą nie zezwala społeczeństwo”. Powieść sprzedała się świetnie, choć w środowisku homoseksualnym nie spotkała się z najlepszym przyjęciem. Anonimowej pisarce (czyli Claire Morgan) zarzucano przede wszystkim happy end i powielanie wyświechtanych klisz. I słusznie, bowiem jest to powieść nie tyle odważna, co nieznośna w swojej wizji świata i nachalnym, radosnym zakończeniu. Highsmith zresztą niemal do końca życie nie przyznawała się do „Price…”, bowiem zdaniem biografów pisarki, była to jedyna, a przynajmniej jedna z nielicznych powieści, w których Patricia opowiadała w otwarty sposób o sobie i własnych uczuciach. W 1951 roku nie była jeszcze zgorzkniałą kobietą, której będzie bał się cały literacki świat. Nie była jeszcze rozczarowaną życiem i uczuciami wojująca rasistką i antysemitką. To przyszło później. „Price…” zaś było zapisem wyidealizowanych marzeń o miłości biseksualnej kobiety.

Lesbian-Classics5-1024x999

Ekranizując „Price of Salt” (wydawane później, jako „Carol”) Todd Haynes (otwarcie przyznający się do homoseksualizmu)  pozostał wierny powieści. Nie zmienił zakończenia. Nie kazał na nowo przepisać wątków społecznych. Jego „Carol” jest zatem prostą opowieścią o dwóch kobietach, które zakochują się w sobie wbrew światu i konwenansom. Tytułowa „Carol” to dojrzała kobieta, która całe dotychczasowe życie spędziła u boku męża – prawdziwego macho, żywiciela rodziny i biznesmena. Mają dzieci, ale Carol ma też dość emocjonalnej pustki. Dlatego decyduje się na rozwód. W latach 50. rozwód był czymś nieakceptowalnym społecznie. Nic dziwnego, że upokorzony mąż Carol wynajmie prywatnego detektywa, by znaleźć dowody na „nienormalność” żony. Theresa to młoda sprzedawczyni, która marzy o tym, aby być słynną fotograf. Ma chłopaka, który chce się jej oświadcz, ale ona nie odwzajemnia jego uczuć. Kiedy przypadkiem pozna w sklepie Carol między paniami zaiskrzy a emocjonalna więź, jaka między nimi się narodzi, zmieni na zawsze ich wyobrażenie o związkach.

„Carol” Haynesa to przede wszystkim teatr dwóch aktorek. Na tle fenomenalnych zdjęć Eda Lachmana, Cate Blanchett i Rooney Mara dają popis mistrzowski. Ich zakochane kobiety pulsują emocjami, kiedy potrzeba są wstydliwie namiętnie, kiedy indziej skrzywdzone i zawstydzone. Między aktorkami czuć chemię i co ważne – żadna nie szarżuje. „Carol” to subtelna, zagrana na delikatnych tonach opowieść o rodzącej się fascynacji i emocjach. Przekonywująca, niezwykle zagrana i sfotografowana.

Byłbym skłonny okrzyknąć ten film arcydziełem, tyle że jest jedna rzecz, która to uniemożliwia. Otóż dla Todda Haynesa „Carol” jest już trzecią filmową wyprawą do powojennej Ameryki i niestety niczego nowego o emocjach i życiu w purytańskim świecie, ludzi z niego wykluczonych nie mówi. W „Daleko od nieba” mieliśmy kobietę, która odkrywa, że jej mąż jest homoseksualistą, ona sama zaś wikłała się w romans z czarnoskórym.  W zrealizowanym dla HBO „Mildred Pierce” mieliśmy opowieść o porzucającej męża kobiecie, która mierzy się z konsekwencjami swoich decyzji. „Carol” jako trzecia część swoistej trylogii amerykańskiej Hayenesa nie wnosi do wizji świata przedstawionego niczego nowego. To wciąż świat nieprzyjazny inności, to wciąż świat oparty na grze pozorów i kłamstwie. Stąd jakieś dziesięć punktów mniej. Jedynym novum w wizji Haynesa jest zachowany powieściowy happy end. Ale on też jest umowny i bardziej sprawia wrażenie projekcji marzeń niż rzeczywistości. Zresztą daleko nie trzeba szukać, żeby przekonać się jak bardzo myliły się bohaterki  – dla prawdziwej Theresy, czyli Patricii Highsmith sen o prawdziwej miłości zakończył się zgorzknieniem i śmiercią w samotności.

SyFy
Poprzedni

The Expanse - kosmiczno-polityczne sci-fi [recenzja] [serial]

Imperial CinePix
Następny

Zjawa - Leonardo DiCaprio kontra natura [recenzja] [film]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

5 Comments

  1. 2015-12-20 at 13:42 — Odpowiedz

    Dzięki za wstęp i krótką notkę o Patrici Highsmith. Nawet nie pokusiłem się o poczytanie o niej, a tu proszę :). „Carol” widziałem na tegorocznym Camerimage i oceniłem oczko wyżej. Jest świetny, subtelny, i rozgrywający się na linii spojrzeń. Piękny motyw przewodni Cartera Burwella doskonale uzupełnia rodzące się uczucie. Podobało mi się, że wszystko było tak delikatnie przedstawione. Szczególnie ten cały (rozciągnięty w czasie) moment gdy w końcu dotarły do motelu. Świetna rzecz.

    • Robert Ziębiński
      2015-12-20 at 14:39 — Odpowiedz

      Zgoda niemal pełna – jednak świadomość, że to już trzecie podejście do w sumie tej samej opowieści trochę zaniża ocenę. I fakt, że Haynes niebezpiecznie zaczyna sam siebie powielać.

  2. 2015-12-21 at 15:12 — Odpowiedz

    Mysle, ze happy end w „Carol” jest raczej zakonczenie otwartym. Jestem sklonna widziec koniec tej historii jako poczatek zupelnie nowej. Lubie myslec, ze dla Carol moze to byc ostatnia wielka milosc, a dla Therese – pierwsza. Mimo wielkiego uczucia, swietnie przedstawionej chemii miedzy bohaterkami, nie sposob nie widziec swoistej przepasci pokoleniowej, ktora na dluzsza mete moze (choc nie musi), destrukcyjnie wplynac na ten zwiazek. Therese to dziewczyna przyszlosci, troche jak postac Becky z serialu „Mad Men”: przeczuwamy, ze swoja wyjatkowoscia, odwaga i talentem bedzie jedna z tych kobiet, ktore przebija szklany sufit meskiej dominacji z srodowisku zawodowym. Carol, przy calej swojej wrazliwosci i odwadze na dokonanie rzeczywistej rewolucji w swoim zyciu, jest troche staroswiecka, luksusowa dama z przeszlosci. Choc to nie musi byc przeszkoda, w tym, zeby zbudowaly razem cos bardzo trwalego. Ta niemozliwosc odgadniecia kierunku w ktorym dalej poplynie historia, dla mnie sila tego filmu. Poniewaz odnosze sie wylacznie do filmu, nie czytalam powiesci.

    • Robert Ziębiński
      2015-12-21 at 16:30 — Odpowiedz

      Ale zgoda – nie można czepiać się zakończenia jako takiego. zresztą dobrze wpisuje się w cały rytm opowieści i samo z się jest w jakiś sposób optymistyczne. mimo wszystko, mimo niechęci świata zdecydowały się przetrwać.

  3. Majka
    2016-03-04 at 10:13 — Odpowiedz

    „Carol” to subtelna, zagrana na delikatnych tonach opowieść o rodzącej się fascynacji i emocjach. – nie zgodzę się, żeby to było zagrane na delikatnych tonach: muzyka wręcz błaga widza i zmusza go do tego, by się rozpłakał, a niestety obie role są zagrane dość nienaturalnie (posągowa Carol po kilku scenach męczy, bo jej mimika ciągle jest taka sama)

Dodaj komentarz