KINO / DVD 

Cierń – podskórna dawka strachu [recenzja]

Są takie filmy, po których z założenia człowiek oczekuje raczej niewiele. Mało znana obsada, oprawa graficzna okładki raczej skromna, a nawet miejsce na półce wypożyczalni jakoś tak podejrzanie mało wyeksponowane. Jeśli owe dziełko jest dodatkowo reprezentantem horrorów, do głowy automatycznie przychodzą mroczne myśli o „produkcji klasy C”. Kiedy więc w apokaliptycznym, 2012 roku pierwszy raz zetknąłem się z debiutanckim dziełem Toby’ego Wilkinsa, w zasadzie dokładnie tego się spodziewałem.

Choć fani horrorów mogą rzeczywiście zarzucać filmowi pewną wtórność, Wilkinsowi udało się nadać historii głębszego wyrazu, czyniąc „Cierń” nie tylko sprawnym naśladowcą klasyków grozy.

Od strony fabularnej film nie wykracza poza ramy wyznaczone przez gatunek. Mamy  zatem czwórkę bohaterów, dwoje przestępców uciekających przed obławą i młode małżeństwo pragnące piknikiem na łonie natury uczcić rocznicę ślubu. Szybko dochodzi do konfrontacji, wskutek której małżeństwo zostaje zakładnikami mającymi umożliwić przestępcom przedarcie się przez granicę. Jak nietrudno się domyślić, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, a czwórka bohaterów wyląduje na nie do końca opuszczonej stacji benzynowej, zmuszona stawić czoła agresywnemu pasożytowi. Prosty podział na oprawców i ofiary straci znaczenie, a uczestnicy koszmaru będą musieli nauczyć się ze sobą współpracować, by przeżyć, dowiadując się prawdy o sobie samych.

Warto tu zaznaczyć, że ci którzy liczą na dokładne wyjaśnienie pochodzenia głównego antagonisty, czy przyczyny rozgrywających się w filmie wydarzeń poczują się zawiedzeni. Wszystkie te informacje dostajemy jedynie w formie szczątkowej, a widz zostaje tu rzucony w sam środek koszmaru, wraz z bohaterami próbując zorientować się w niewytłumaczalnej sytuacji. Takie posunięcie bardzo się filmowi przysłużyło, dodatkowo budując klimat zaszczucia i przerażenia.

Niewiele można obrazowi Wilkinsa zarzucić także jeśli chodzi o realizację, szczególnie biorąc pod uwagę skromny budżet. Dynamiczny montaż, budująca napięcie muzyka, wreszcie solidnie wykonane efekty specjalne, wśród których znajdziemy kilka realistycznych scen gore, powinny zadowolić nie tylko miłośników horrorów. Osobną chwilę warto poświęcić aktorstwie. Próżno tu szukać znanych twarzy, co, choć nie zawsze jest zaletą, w tym wypadku niewątpliwie wpływa na korzyść filmu, nadając niejako autentyczności wydarzeniom na ekranie. Aktorzy grają przekonywująco, a ich bohaterów daje się lubić, zaś szczególne brawa należą się Shei Whighamowi, kreującemu tutaj postać niejednoznacznego przestępcy.

W wywiadach promocyjnych reżyser nie ukrywał, że inspiracją dla jego dzieła były tuzy gatunku, jak „Obcy”, czy „Rzecz”. I choć horrorowi fani mogą rzeczywiście zarzucać filmowi pewną wtórność, Wilkinsowi udało się nadać historii głębszego wyrazu, czyniąc „Cierń” nie tylko sprawnym naśladowcą wyżej wymienionych dzieł.

Z jednej strony oglądamy tutaj bowiem walkę bohaterów z wyjątkowo agresywnym pasożytem, z drugiej doświadczamy katharsis jednego z nich. Już na początku filmu postać Shei Whighama, poszukiwany przestępca Dennis, zostaje przez owego pasożyta zainfekowany. Cierń rozrastający się w jego ciele i walka z nim symbolizują tutaj walkę z własnym złem i poczuciem winy za wyrządzone krzywdy. Symboliczne staje się także uwolnienie się od choroby i wreszcie, próba uzyskania ostatecznego rozgrzeszenia. Co godne podziwu, reżyser nie potrzebował dwugodzinnego moralitetu o człowieku nękanym wyrzutami sumienia. Wystarczyły do tego trzy fantastyczne sceny „spowiedzi grzesznika”, niesamowicie budujące relacje postaci z widzem.

Sięgając po „Cierń” oczekiwałem jedynie niezłego reprezentanta gatunku horrorów science fiction, który będzie potrafił utrzymać mnie w napięciu przez czas seansu. Dostałem jednak coś znacznie więcej, historię, która pod przykrywką typowego dreszczowca stawia przed widzem pytanie. Czy jeden popełniony błąd sprawia, że człowiek nie zasługuje na szansę naprawy swojego życia? I czy my sami, mając taką szansę, potrafilibyśmy ją wykorzystać?

krol gry
Poprzedni

Król gry - Sherlock z przypadku [recenzja]

Albatros
Następny

Burza piaskowa - początki Sigma force [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz