KINO / DVD 

Kickboxer – Ciosy na oślep [recenzja]

 

Najsilniejsze ciosy trafiają prosto w serducho. W sensie metaforycznym – nostalgia potrafi przecież czasem zwalić z nóg, ale także dosłownym – w tajskim boksie (prawie) wszystkie chwyty dozwolone. Kickboxer: Vengeance stanowi dowód na to, że pomimo najszczerszych chęci, nie wszystkie uderzenia mają jednak moc.

Rozjaśnijmy nieco: Kickboxer: Vengeance to reboot kultowego Kickboxera z Jean-Claude-Van Dammem. Nowa historia, co specjalnie nie dziwi, jest bliźniaczo podobna do wydarzeń z filmu datowanego na 1989 rok. Ponownie obserwujemy zatem losy braci Sloane, dla których pasja do bezkompromisowych sztuk walki jest esencjonalną częścią życia. Przynajmniej do czasu tragedii – momentu śmierci jednego z nich. Wtedy też najważniejszą emocją dla Kurta, młodszego z dwójki rodzeństwa, staje się zemsta i chęć pojedynku z Tong Po, mistrzem muay thai.

Prosta, klarowna i teoretycznie łatwa do zaadaptowania historia, prawda? Prawda. Kino kopane nie wymaga fabularnych wolt, nieoczywistych zwrotów akcji, co doskonale rozumieli twórcy pierwszego Kickboxera, którzy postawili na nastrój i to, co najważniejsze, czyli efektowne pojedynki z rozmysłem zaplanowane przez JCVD. A w reboocie… postanowiono poeksperymentować. Przede wszystkim formą narracji. Negatywnie zaskakują rozwiązania retrospekcyjne z początku filmu, gdy stosunkowo szybko dochodzi do pierwszego starcia pomiędzy Tong Po a Kurtem. Trudno wyczuć dramatyzm sceny, a to dlatego, że nie zna się jeszcze wówczas dokładnie prawdziwej motywacji dla działań głównego bohatera.

Cóż, to naprawdę nie musiała być szalenie oryginalna intryga. A jeśli już, to powinno się zadbać o jej właściwe zawiązanie czy też, co niemniej ważne, przypisanie interesujących zadań poszczególnym postaciom. Tymczasem, dla przykładu, funkcjonariuszka policji Liu (Sara Malakul Lane) jest tak naprawdę tylko kochanką/sercową terapeutką Kurta, a nie osobą władną, próbującą rozwiązać sprawę nielegalnych pojedynków, natomiast Marcia (Gina Carano) zamieszana w cały proceder i organizację walk… jest, bo jest. Knuje, patrzy spode łba, kusi dekoltem. Seksowne dodatki, nie ma co ukrywać, ale niepotrzebnie sugeruje się, że te postacie mają jakiekolwiek większe znaczenie dla głównych wydarzeń.

Sens ma za to obsadzenie Jean-Claude Van Damma w roli mentora, niegdysiejszego mistrza sztuk walki. Po pierwsze, stanowi on naturalny łącznik pomiędzy starą a nową wersją filmu. Poza tym, belgijski aktor ma niesłabnącą siłę oddziaływania. Przyjemnie ogląda się sekwencje z jego udziałem, niekiedy żartobliwe, auto-ironiczne, innym razem zaś bardziej refleksyjne i stonowane. Ten występ przyćmił zaś, niestety, próbę interpretacji Alaina Moussiego jako Kurta. Mało wyrazista, pozbawiona większego polotu kreacja, w której zabrakło stopniowej ewolucji postaci, tak przemyśleń, jak i fizycznych poczynań. Zresztą, sam trening pozbawiony był także pewnej refleksyjności, która cechowała oryginalną historię. Można powiedzieć: za szybko, za wściekle.

Natomiast atrakcyjnie wizualnie. Egzotyczna Tajlandia, przedstawiona w dosyć pocztówkowej konwencji, robi wrażenie jako miejsce pościgów, ulicznych zmagań, akrobacji w cieniu zachodzącego słońca na tle wiekowych świątyń. To działa. Podobnie jak Tong Po. Dave Bautista to prawdziwa bestia, która nie ma co prawda zbyt wiele czasu, aby udowodnić swoją aktorską zdatność, jednak wcale tego tutaj nie brakuje. Gość emanuje spokojem i zabójczą, pierwotną siłą. Można tylko żałować, że ostateczna konfrontacja z Kurtem nie wzbudza zbyt wielkich emocji. Stawka pojedynku, choć wysoka, to bez porównania mniejsza niż w filmie z JCVD. W scenie finałowej brakuje dramaturgii. Bardzo.

Nie da się uciec od porównań. W tym przypadku działających w większości na niekorzyść rebootu. Kickboxer: Vengeance obfituje co prawda w bezkompromisowe walki, żywiołową akcję, pojawia się także miejsce na erotyczne uniesienia, ale… zabrakło konsekwencji. John Stockwell, reżyser widowiska (odpowiednie słowo) niepotrzebnie kombinował z tak prostą, chwytającą za serducho historią. Czy to przykład na współczesne kino (s)kopane? Może po prostu nie tak dobre, jakby się chciało.

New Model Army - Winter
Poprzedni

Winter - Nadchodzi piękna „Zima” [recenzja]

Okrutny-Miecz-KK-810x1291
Następny

Okrutny miecz - powrót Syna Zdrajcy [recenzja]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz