KINO / DVD 

Creed: narodziny legendy – Rocky wraca do korzeni [recenzja] [film]

W świecie rozrywki rządzonym przez sequele, rebooty i remake’i „Creed” jest ewenementem. Jednym z nielicznych filmów, które składając hołd dawnemu herosowi, tworzą zupełnie nową filmową jakość.

Zaczynam pisać tę recenzję chyba siódmy raz. Przerobiłem już wstęp, w którym nawiązywałem do „Rocky Balboa”. Potem był wstęp o tym, że „Rocky” to jedno z największych kinowych zaskoczeń w historii. I ten, w którym próbowałem pisać o emeryturze porównując karierę Stallone, do karier Arniego. Żaden z owych wjazdów mi nie pasował i kończył w cyfrowym niebycie. Powód? Ano prosty. Nie często coś takiego mi się zdarza. W sumie w tym roku nie przypominam sobie żadnego takiego przypadku. Tego momentu, kiedy oglądam film, po którym nie spodziewam się niczego (ani dobrego, ani złego), a kończę z szczęką na podłodze i łzami w oczach. I proszę – niespodzianka. „Creed” po prostu nokautuje. Film, który miał być powtórką z rozrywki, okazał się jedną z najciekawszych projekcji roku. A teraz po kolei.

To, co jest tu najważniejsze to nie fabuła, a nastrój opowieści i powolne budowanie relacji między bohaterami.

Jeśli nie pamiętacie, to gwoli przypomnienia. Kariera Rocky’ego Balboa rozpoczęła się od walki z mistrzem świata Apollo Creedem. Pyszałkowaty bokser nie docenił „Włoskiego ogiera” i nieźle oberwał. Walka z Balboa okazała się lekcją pokory a panowie w puencie się zaprzyjaźnili. Apollo podał rękę Rocky’emu kiedy ten upadł, Rocky próbował przekonać go, aby odstąpił od walki z rosyjskim zabijaką Ivanem. Bezskutecznie. W czwartej odsłonie cyklu Apollo zginął z ręki (czy raczej pięści) Rosjanina. Oczywiście Rocky pomścił śmierć przyjaciela, ale… No właśnie. „Creed” zaczyna się w chwili, gdy pewien młody, niepokorny chłopak, który bezustannie popada w konflikty z prawem, ląduje w poprawczaku. Tam odwiedza go bogata pani, która twierdzi, iż wie kim był ojciec chłopaka. Adonis okazuje się być nieślubnym dzieckiem Creeda. Wdowa po bokserze przygarnia chłopaka i wychowuje tak, jakby był jej synem. Mijają lata. Chłopak zamienia się w mężczyznę, który napady agresji rozładowuje boksując. Pewnego dnia stwierdza, że odszuka byłego kumpla ojca i zapyta, czy nie chciałby go trenować. Tak Adonis trafia do Filadelfii. Rocky wciąż prowadzi małą restaurację. Odkąd zmarł Paulie (szwagier i najlepszy kumpel) Rocky w zasadzie nie komunikuje się z ludźmi. Wizyta młodego bezczelnego murzyna burzy spokój jego samotniczego życia, ale budzi też wspomnienia. A te zaprowadzą obu panów do podłej sali treningowej i na ring.

Fabuła „Creeda” jest prosta. Jak w pierwszej części – młody chłopak znikąd trafia na ring gdzie walczy z mistrzem świata. To, co jest tu najważniejsze to nie fabuła, a nastrój opowieści i powolne budowanie relacji między bohaterami. Rocky (Stallone jeśli nie w życiowej roli, to jednej z najważniejszych) to zmęczony, zniszczony życiem facet, który ma już dość walki. Creed (świetny jak zawsze Michael B. Jordan) w zasadzie nie wie kim jest. Kiedy ich drogi się skrzyżują, dwaj samotnicy będą uczyć się, żyć na nowo.

Wielką wygraną Ryana Cooglera, reżysera „Creeda” – jest odwrócenie proporcji. Boks schodzi tu na trzeci, jeśli nie czwarty plan, zaś najważniejsze są emocje budzące się w bohaterach. Ich powolna akceptacja tego kim są i kim się stali. Dzięki temu „Creed” nie jest kolejną opowieścią o stawaniu się mistrzem i walce, a uniwersalną opowieścią o odkrywaniu siebie. Podobnie było przecież w pierwszym „Rockym”, któremu zresztą Coogler kłania się w pas. Tyle, że zamiast powielać wykorzystane wcześniej rozwiązania, Coogler dodaje coś od siebie. W swoim świetnym debiucie „Fruitvale” udowodnił, że ma niebywałego nosa do pokazywania rasowych napięć i środowiska czarnych. I tę wrażliwość na problemy społeczne czuć w „Creedzie”. To ona nadaje filmowi pazur i nerw. Dzięki niej biedne dzielnice Filadelfii wyglądają tu wręcz hipnotyzująco. Na szczęście Coogler nie szarżuje i nie próbuje zamieniać „Creeda” w kino moralnego niepokoju. To wciąż rozrywkowe kino, w którym bystre obserwacje społeczne łączą się z nieodzowną dla serii dawką sentymentalizmu.

Bo „Creed” jest sentymentalny. Ale nie w ten nieznośny sposób, w który w scenariuszach niektórych odsłon popadał Stallone. Tu wszystkie wzruszające elementy bardzo dobrze do siebie i konwencji pasują, a finałowy monolog Rocky’ego, wygłaszany podczas walki autentycznie wzrusza. Aż dziw bierze, że Sly, który w ostatnich latach nie popisywał się aktorstwem, udźwignął tę sekwencję. Ale to tylko dowodzi jak dobrym reżyserem jest Coogler.

Zresztą zapamiętajcie to nazwisko. Ten facet nieźle jeszcze namiesza. Póki co, udało mu się nie tyle tchnąć nowe życie, co wskrzesić dawnego herosa. W świecie, w którym reboot czy sequel filmu traktowany jest jako maszyna do zarabiania pieniędzy, „Creed” jest dziełem niezwykłym. Oddaje hołd oryginałowi, tworząc zarazem nową jakość. Chapeau bas panie Coogler!

Afera
Poprzedni

Mama umiera w sobotę [patronat]

Uroboros
Następny

Star Wars: Lordowie Sithów - krew, pot i łzy rozczarowania [recenzja] [książka]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Barteg
    2016-03-11 at 13:06 — Odpowiedz

    seriously? TEN FILM? ten koszmarek, który NFZ powinien refundować w ramach leczenia bezsenności? Nudny, niewiarygodny psychologicznie (nagle chłopiec z mega bogatej rodziny stwierdza, że a co mi tam poboksuję się i pomieszkam z norze) i po prostu głupi.

Dodaj komentarz