KINO / DVD 

Czas próby – na ratunek [recenzja]

Zrobienie dobrego filmu na podstawie wydarzeń historycznych to nie lada wyzwanie. Z jednej strony ma się materiał który wydaje się samograjem – z drugiej, całą historię trzeba opowiedzieć tak by trzymać się realiów (a na potknięcie w tej materii nieustannie czyha przecież cała armia specjalistów), przy okazji nie zanudzając widza na śmierć. Jak pod tym względem broni się najnowsza superprodukcja wprost z Hollywood?

Choć „Czas próby” ma swoje momenty, szala zbyt często przechyla się w nim w stronę efektownej oprawy.

Mroźna, poniedziałkowa noc 18 lutego 1952 roku okazała się momentem decydującym dla dziesiątek ludzkich istnień. Oto na rozszalałym morzu przełamane na pół zostają dwa amerykańskie tankowce – Fort Mercer i Pendleton. Na pomoc załodze drugiego z nich wysłana zostaje skromna czteroosobowa załoga straży przybrzeżnej. Wyposażeni w niewielką, zdolną pomieścić zaledwie dwunastu pasażerów łódź, ratownicy będą musieli zaryzykować własne życie, by ocalić zdanych na pastwę losu marynarzy.

Za powstały pod egidą Disneya „Czas próby” odpowiedzialny jest Craig Gillespie, reżyser znany choćby z „Ramienia za milion dolarów”, czy całkiem niezłego remake’u klasycznego „Fright Night” – innymi słowy facet, który wie jak na filmową taśmę przełożyć ciekawy scenariusz.  W przypadku jego najnowszego filmu, coś jednak nie zagrało.

W samych założeniach całość prezentuje się nienajgorzej. Historia przedstawiona w filmie opowiadana jest z dwóch perspektyw – i tak, z jednej strony obserwujemy dramatyczne zmagania ocalałej załogi Pendletona z nieubłaganym sztormem, z drugiej towarzyszymy czterem spieszącym jej na pomoc w, wydawać by się mogło, beznadziejnej akcji ratunkowej ochotnikom.

Diabeł jak to zwykle bywa, tkwi w szczegółach, a w tym wypadku, formie górującej nad treścią. Natężenie CGI może momentami wręcz przytłoczyć – i choć spece od grafiki komputerowej w wielu wypadkach odwalili kawał dobrej roboty (do prawdziwej grozy z „Gniewu Oceanu”  Petersena wciąż jednak nieco brakuje), przez większość seansu film może wręcz sprawiać wrażenie jedynie efektownej wydmuszki.

Takie odczucia potęgują dodatkowo kiepsko rozpisane postaci bohaterów. Oprócz bliźniaczo do siebie w wielu aspektach podobnych protagonistów Chrisa Pine’a i Caseya Afflecka, resztę postaci można w zasadzie podsumować jednym zdaniem. Jak na plejadę paradujących po ekranie znanych twarzy, osiągnięcie to raczej z tych mało imponujących i na pewno nie przydających obrazowi dramaturgii.

„Czas próby” mógłby wygrać widzów tym, czego paradoksalnie jest w nim najmniej – prostą opowieścią o ludziach próbujących przetrwać w sytuacji bez mała ekstremalnej. Mógłby – bo choć film Craiga Gillespie’go ma swoje momenty (ot choćby końcowa scena solidarności mieszkańców miasteczka z ratownikami), szala zbyt często przechyla się w nim w stronę efektownej oprawy, ledwie prześlizgując się po powierzchni wspaniałej historii. Wciąż jest przyzwoicie, jednak mogło być znacznie lepiej.

Warner Bros
Poprzedni

Powstanie prequel "Gorączki"

Rebis
Następny

Ucieczka z raju - kosmiczny thriller [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz