KINO / DVD 

Deadpool – Film, który powstał na przekór [recenzja]

Po prostu… Deadpool. Po rewelacyjnej kampanii marketingowej o Pyskatym Najemniku usłyszeli niemal wszyscy podłączeni do sieci. Stał się chodzącym generatorem memów i… ostatnią szansą Ryana Reynoldsa na uratowanie kariery filmowej.
Z całą tą krwią, ostrą rozróbą i brakiem kompromisów – przygody Pyskatego Najemnika stoją znacznie bliżej testosteronowego kina akcji z lat 80′ niż typowej superbohaterszczyzny.

Poznajcie Wade’a Wilsona, weterana jednostek specjalnych, obecnie dorabiającego jako najemnik. Jeśli chodzi o pulę nieszczęść – rozbił bank. Po godzinach przesiaduje w barze, doprowadza kumpli do szału i wyrywa panienki – przynajmniej te, które mają dość cierpliwości. W ten sposób, po kolejnej udanej robótce poznaje ukochaną, Vanessę. Spędzają razem dwa urocze lata, po których we wspólne życie wkrada się wyjątkowo złośliwy nowotwór Wade’a. Medycyna jest wobec raka bez szans, ale do głównego bohatera zgłasza się Facet-W-Garniturze z Propozycją-Nie-Do-Odrzucenia. Oferuje Wilsonowi nie tylko uleczenie, ale i super-moce w pakiecie. Wade zgłasza się do programu – i jednocześnie pakuje w największe szambo życia. Po przejściu przez kilka kręgów piekieł otrzymuje moce – jednak płaci za to urodą i poczytalnością.

Tak rodzi się Deadpool – Marvelowski antybohater, którego najstraszniejszą mocą jest strzelanie i opętańcze gadanie jednocześnie. Nawet wszechstronne wojskowe wyszkolenie i nieśmiertelność, którą dostał w pakiecie z oszpeceniem, nie mają startu.

Powstał w umysłach dwóch twórców. Fabianowi Niciezie, komiksowemu scenarzyście, zawdzięcza duszę, zaś rysownikowi Robowi Liefeldowi – image. Obaj zresztą zaliczają cameo w filmie (wyłapałem Liefelda z charakterystyczną buźką, Niciezy jakoś nie mogłem się dopatrzeć) do spółki ze Stanem Lee. To miły ukłon w stronę geeków. Nie jedyny zresztą. Humor w filmie nie tylko ocieka krwią, paruje od testosteronu i jest czarny jak smoła – ale przede wszystkim co i rusz mruga do widza otrzaskanego w popkulturze. Mnóstwo tu odniesień do Marvela, świata komiksów i jego poetyki – ale też filmów w ogóle. Przy okazji działa tu jeden z czynników, które uczyniły z Deadpoola internetową sławę. Wade szarżuje na czwartą ścianę jak rozpędzony nosorożec i co chwila dostarcza nam okazji do ciężkiego, gardłowego rechotu. Nie ma co się bowiem oszukiwać – humor do najsubtelniejszych nie należy. Chwilami wytacza wręcz naprawdę ciężkie działa. Ale za to trafia w punkt, a aktorzy tylko to podkreślają bezbłędną grą.

Prócz Reynoldsa na plan sprowadzono stosunkowo nieznane nazwiska. Widzowie pamiętający „Firefly” mogą wprawdzie nacieszyć oko Moreną Baccarin, zaś miłośnicy MMA – Giną Carano. To – oraz cameo wspomnianych komiksiarzy – zamyka stawkę znanych nazwisk.

I wiecie co?

Mimo początkowej niepewności ze strony widzów – zestaw świeżych nazwisk zadziałał na korzyść filmu. Aktorzy, zarówno ci od epizodów, jak i wcielający się w role główne – dają z siebie wszystko. Ożywiony za pomocą CGI Colossus rozbraja swoim naiwnym, heroicznym urokiem oraz rosyjskim akcentem Stefana Kapicica. Teenage Negasonic Warhead stanowi ucieleśnienie nastoletniego buntu zamkniętego w powątpiewających spojrzeniach drobniutkiej Brianny Hildebrand. Baccarin emanuje zawadiacką drapieżnością doświadczonej kobiety i, mimo przypisania do pewnego schematu, wychodzi poza ramy typowej damy w opałach. Ed Skrein jako pozbawiony emocji, sadystyczny Villain wypada lepiej niż większość antagonistów z filmów Marvela. Kurczę, nawet Gina Carano daje radę i gra prosto, brutalnie, ale przekonująco. Jest wreszcie Reynolds. Można faceta nie lubić. Może wkurzać – i to jak. Tym razem jednak wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Przekuł wszystkie wady w zalety i idealnie pasuje do roli. „Deadpool” to jego wielkie „przepraszam” za kilka niewypałów, w tym za „Green Lanterna”. Włożył w rolę Wilsona mnóstwo energii – i to udziela się rozbawionym widzom. Oparł grę nie tylko na efekciarskiej, memogennej błazenadzie, ale też i na kilku dobrze odrobionych niuansach emocjonalnych. W paru scenach po prostu widać, słychać i czuć, jak zza zasłony wygłupów przebija wściekłość i ból postaci po stratach, jakie odniosła.

Bo przecież Deadpool to nie tylko uzbrojona po zęby, chodząca książeczka z dowcipasami licealisty. To także cierpiący, pokiereszowany przez życie bohater, którego dramaty mogłyby zawstydzić Bruce’a Wayne’a i Petera Parkera, uznawanych za największych cierpiętników w tym biznesie. Jedyny problem dostrzegam w tym, że w takich momentach film ślizga się po powierzchni i ledwie sięga tego, czym mógłby być – i to bez strat w materii efekciarskiego, bezkompromisowego, komediowego show. Zresztą, czyż komedia nie bazuje na ludzkim cierpieniu? Och, nie zrozumcie mnie źle, sekwencje przemiany i dręczenia bohatera zrealizowano przekonująco, ale przy zachowaniu tego samego poziomu drastyczności – można było wycisnąć jeszcze więcej. Pokazuje to chociażby krótka historyjka „Deadpool/Death Annual”, o której już kiedyś pisałem. I to raczej nie kwestia różnic w środkach wyrazu danego medium, a zwyczajnie – czasu i pieniędzy. Z czego sam bohater nie omieszkał zakpić raz czy drugi.

Z tym co miał, reżyser postanowił ukierunkować film w konkretną stronę i przy okazji jak najszerzej zaprezentować bohatera. I to mu się faktycznie udało. Na bardzo podstawowym poziomie Tim Miller przygarnął schematy sensacyjniaków z porwaniem w tle, jednak z pomocą Deadpoolowej konwencji ograł je bardzo zręcznie. W efekcie dostaliśmy wysokooktanowe, przeurocze w swej bezpretonsjonalności filmidło. Z całą tą krwią, ostrą rozróbą i brakiem kompromisów – przygody Pyskatego Najemnika stoją znacznie bliżej testosteronowego kina akcji z lat 80′ niż typowej superbohaterszczyzny. Owszem, reżyser korzysta z zagrywek tego drugiego – ściąga nawet na plan dwójkę bohaterów z prawdziwego zdarzenia – ale raczej po to, by z nich zakpić i pokazać kontrast między Deadpoolem a resztą przebierańców. Nawet w obliczu wyraźnej kliszy – wybryki Wade’a potrafią zaskoczyć. Mamy bowiem do czynienia z obrazem bardzo świadomym swoich ograniczeń.

Mimo niewielkiego budżetu, otrzymaliśmy pomysłowe i efektowne sekwencje akcji, pełne przedobrzonej kaskaderki i przyzwoitych efektów analogowych. Do CGI uciekano się tylko w ostateczności. Dzięki temu sceny demolki cieszą oczy radosną, spontaniczną przesadą, a uśmiech szczenięcego, bezmyślnego zadowolenia sam wpełza na twarz, gdy podziwiamy balet, jaki odstawia Deadpool, ten błazeński taniec z kataną, uprawiany w rytm hip-hopu i wystrzałów przeciwnika. Bo w ostatecznym rozrachunku o to tu chodzi – o festiwal ładnie sfilmowanej destrukcji, humor i fajnego bohatera.

To nie jest kino, o którym będziemy pamiętać na wieki wieków amen. Należy jednak oddać mu sprawiedliwość, bo wprowadza powiew świeżości do opanowanej przez harcerzykowatą moralność i patos konwencję super-bohaterską. To wielki środkowy paluch, wycelowany w cenzurę i kinowych świętoszków. Świętości obśmiewa na przystawkę, zaś resztki dobrego wychowania zjada na deser. Ten film ponoć  nie miał prawa się udać. „Deadpool” powstał na przekór. Na złość i wbrew. Z małym budżetem, nadrobił zaangażowaniem twórców i kreatywnością. Reynolds i Miller – postawili wszystko na jedną kartę. I wygrali.

Secret City
Poprzedni

Good Advice - Basia z Kanady w krainie popu [recenzja]

Jessica Nigri
Następny

Najlepszy cosplay (XI) - Deadpool [galeria NSFW?]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz