KINO / DVD 

Do utraty sił – podręcznik pisania scenariusza [recenzja]

Opowieść o bokserze Billym Hope, który sięga dna, aby wrócić na sam szczyt, to idealny filmowy podręcznik dla każdego początkującego scenarzysty. Niestety reszta świata może podczas projekcji umrzeć z nudów.

Billy Hope (w tej roli Gyllenhaal, który nabrał masy i wygląda tu na autentycznego boksera) nie miał łatwego życia. Dom dziecka, bójki, więzienie. Kiedy poznał Maureen wszystko się zmieniło. Billy zamiast bić ludzi, zaczął bić się na ringu, odkrywając wielki talent do boksowania. W końcu dotarł na sam szczyt – został mistrzem świata. Wszystko dzięki ukochanej kobiecie, rodzinie i samozaparciu. Kiedy Maureen przez przypadek zginie świat boksera legnie w gruzach. Kiedy wydawać będzie się, że Billy już nigdy się nie podniesie, zdarza się cud – nowy trener pomaga mu odkryć sens życia i radość ze sportu.

„Do utraty sił” to modelowy przykład filmu o odrodzeniu upadłego bohatera, który nawet na sekundę nie próbuje wyskoczyć poza gatunkowe klisze i banały.

„Do utraty sił” to modelowy przykład filmu o odrodzeniu upadłego bohatera, który nawet na sekundę nie próbuje wyskoczyć poza gatunkowe klisze i banały. Fabuła toczy się tu liniowo od punktu A (triumf), przez punkt B (upadek), do punktu C (odrodzenie). W zasadzie możecie przed projekcją zagrać ze znajomymi w grę – kto bez oglądania będzie w stanie streścić całą fabułę. Niestety obawiam się, że gra będzie dość nudna, bowiem scenarzysta „Do utraty sił” nawet przez sekundę nie próbuje nas zaskoczyć. Za to z uporem wartym lepszej sprawy próbuje utwierdzić nas w przekonaniu, że słynna dewiza inżyniera Mamonia (lubimy tylko te piosenki, które znamy) sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną. Może i tak. Może i lubimy słuchać w kółko tylko „Satisfaction”, ale w kinie czasami warto widza zaskoczyć. Że w kinie sportowym to możliwe kilka lat temu udowodnił nam choćby duet Eastwood-Haggis realizując „Za wszelką cenę”. Niestety „Do utraty sił” o wiele bliżej do entej odsłony przygód Rockyego niż emocjonującego kina sportowego zadającego pytania o granice człowieczeństwa.

Oczywiście to nie skreśla filmu Fuqua. „Do utraty sił” to wciąż sprawne, dobrze opowiedziane i zagrane kino. Tyle że do bólu przewidywalne i nudne. I tylko żal fizycznej przemiany Gyllenhaala –  włożył on więcej pracy w ekranową budowę postaci, niż scenarzysta w jej konstrukcję na papierze.

Egmont
Poprzedni

New Avengers #1: Wszystko umiera - zamiast się bić, debatujemy [recenzja] [komiks]

Nisza
Następny

Copyfighter - branża reklamowa od kuchni [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz