KINO / DVD 

Dobry Dinozaur – Śmierdząca skamielina w świetle małej lampki [recenzja] [film] [animacja]

Był czas, że za animacje spod znaku rozbrykanej lampki dałbym się pokroić. Studio, za którym z początku stało – ale któremu ostatecznie nie dało prawdziwej szansy – studio George’a Lucasa, przebyło bowiem długą drogę do serc i umysłów widzów, łącząc trudne tematy z ciekawymi historiami i niesamowitą animacją. Nie szli na łatwiznę. Opowiadali o dorastaniu, o lękach z którymi musimy się mierzyć – każdy z nas i my jako ludzkość ogółem – o roli i znaczeniu rodziny, o miłości łatwej i tej trudnej, wypaleniu, o podnoszeniu się z upadku, wreszcie o godzeniu się z nieuniknioną stratą. I nieważne czy bohaterem czynili małą rybkę, robota śmieciarkę, zabawkę czy staruszka o wyglądzie Waltera Matthau, kupowałem to. Co czasem w zdumieniu uniosłem brew czy uśmiechnąłem zaskoczony, widząc zwiastun. To tak o tym można? myślałem. Jak widać tak, i to z powodzeniem.

Pierwszym zwiastunem zmian na gorsze była kontynuacja „Aut”. Do tej pory, za wyjątkiem „Toy Story” Pixar nie decydował się na sequele, ale widać presja Disneya zrobiła swoje i zapowiedziano kontynuację przygód Zygzaka McQueena, Złomka i reszty.

Nie bałem się. Wspomniany wyjątek w postaci serii o zabawkach nastrajał pozytywnie. Można się było spodziewać, że twórcy znajdą jakiś pomysł, by tę niezwykłą opowieść o sile woli, przyjaźni i odzyskiwaniu nadziei w trudnych czasach – splecioną tak formą jak i treścią z jedną z największych ikon dawnej Ameryki czyli słynną, a już od lat nieprzejezdną Route 66 – jakoś rozwinąć. I rzeczywiście, rozwinęli, choć, niestety, zupełnie porzucając konwencję nawiązującą do kina Drogi. Dużo efektowniejszy okazał się szpiegowski akcyjniak w duchu dawnych Bondów. I choć wyszło całkiem zabawnie, to… no właśnie. Nie był to do końca Pixar. Zniknął gdzieś polot, zniknęła odwaga, mówienie o czymś ważnym w nowy, ciekawy sposób.

No ale to sequel, powtórzyłem sobie w myślach. Wymuszony, bo jedynka zarobiła, a kasa musi się zgadzać. Czekałem zatem na następny zapowiadany film autorski Studia, gdzie, sądząc po zwiastunach, zamierzali odnieść się do disneyowskiej tradycji „księżniczkowej”, a także do zwyczaju ugrzeczniania i zagłaskiwania baśni.

Zwiastuny „Meridy Walecznej” zapowiadały odwołania do mitologii celtyckiej, kilka mądrych słów o równouprawnieniu i nade wszystko ciekawą, bardzo mroczną przygodę. Ostatecznie… powiedzmy, że dostaliśmy ledwie posmak tego ostatniego. Na „pocieszenie” doszły typowe disneyowskie zagrywki w postaci maskotkowego drugiego planu (Bracia- Misie) i pyzata rudowłosa Merida w poczcie księżniczek z którym miała się mierzyć. Gadżetowo przemieniona, dostosowana, stanowiła znakomitą zapowiedź tego, co dalej miało stać się ze Studiem.

W następnych latach doszedł jeszcze „Uniwersytet Potworny” – czasy szkolne potworów z „Potworów i spółki” oraz dwie części „Samolotów”, gdzie pokazano przestworza świata znanego z „Aut”. Film po filmie traciłem nadzieję…

A tu nagle ukochany Pixar! „W głowie się nie mieści” historia emocji małej dziewczynki, była dokładnie tym, czego oczekiwałem kiedyś i na co krok po kroku przestawałem już liczyć. Nietuzinkowy pomysł, dobrze odrobiony reaserch i znowu to pragnienie opowiedzenia ważnej, ciekawej historii, nawet gdy nieco trudniejszej niż kolejna „Kung Fu Panda”. Zachwycony byłem tym bardziej, gdy okazało się, że – podobnie jak przy dawnych filmach Pixara – miałem znowu okazję, by przeprowadzić z moimi dziećmi ważną i pouczającą rozmowę. „W głowie się nie mieści” znowu, jak wcześniej, zrodziło w ich małych główkach pytania i sprawiło, że zapragnęły szukać odpowiedzi.

Napełniony nową nadzieją zacząłem się więc zastanawiać co teraz. „Dobry dinozaur”, którego enigmatyczna pierwsza zapowiedź jak zawsze nie powiedziała nic konkretnego o fabule, jawił mi się w głowie jako świetna okazja do opowiedzenia dziejów ewolucji, może trochę alternatywnej rzeczywistości. Co bowiem wtedy, na początku wiedziałem? Że nie było meteorytu – to znaczy był, ale nie uderzył – i dinozaury przetrwały. A jeden z nich zaprzyjaźnił się z małym, ludzkim chłopcem. Żeby to mogło nastąpić, to z tego co wiemy, gady miałyby parę milionów lat na wspomnianą ewolucję. Czyżby więc szalone teorie o reptilianach?

Drugi zwiastun dołożył do pierwszego parę gagów, bohaterów i trochę widoczków, ale przecież Pixar nie zdradza fabuł w trailerach, więc to w zasadzie nie musiało nic znaczyć.

Ale, niestety znaczyło. Bo w ostatecznym filmie nie dostaliśmy wiele więcej.

Kilka słów o fabule. Oto na rubieżach dzikiego zachodu farmer wraz z żoną próbują wieść spokojne życie rolników. Pracują w pocie czoła, orają, sieją i doglądają przyszłego plonu. Niedługo potem rodzi im się potomstwo – silny chłopak, bystra dziewczynka i mały, bojący się własnego cienia chuderlak. Tak, ten ostatni to nasz bohater.

Dzieciaki szybko dorastają i zaczynają pomagać w obejściu, każdy według umiejętności. Ale co ma poradzić mały cykor, skoro dla niego nawet karmienie kur jest zbyt straszne? Coś trzeba z nim zrobić, myślą rodzice i ojciec najpierw każe chłopcu tropić szkodnika podjadającego zbiory na zimę, a gdy ten puszcza go wolno, zabiera chłopca na wyprawę. I ten szkodnik i ta wyprawa zapoczątkują serię dramatycznych wydarzeń obejmujących spotkanie leśnego szamana, bandytów z traktu czy wreszcie kowbojów spędzających bydło po prerii i wieczorami grających przy ognisku na organkach. W międzyczasie chłopiec zaprzyjaźni się z pociesznym, kudłatym, czternonożnym zwierzakiem o pociesznej mimice i nauczy, czym jest odwaga.

Wszystko, dosłownie wszystko jest tu kalką. Scenariusz tego filmu powstawał jako bezmyślne kopiuj wklej, a ofiarą padł czy to „Mustang z Doliny”, „Król Lew”, „Mój brat niedźwiedź” czy „Krudowie”. Nie to jest jednak najgorsze. Nie to nawet, że owo kopiowanie pozbawiło wszystkich tych scen dramaturgii czy humoru oryginałów, czyniąc głównego bohatera jedynie irytującym gówniarzem jakiemu daleko nawet do takiego małego Simby.

Najgorsze, co już pewnie zauważyliście po opisie powyżej, jest oszustwo. Tam nie ma dinozaura, nieważne czy dobrego czy złego. Nie ma jego przyjaźni z człowiekiem. Jest chłopiec i jego pies na dzikim zachodzie. Tania, prymitywna sztuczka pod gadżety, nie wnosząca zupełnie, zupełnie nic do historii.

Rozumiem zabieg przenoszenia historii w inne realia, kino czy literatura są takich przypadków pełne. Zwykle jednak, jeśli twórcy podchodzą do sprawy uczciwie, jest to zrobione po coś. „Straż Przyboczna” „Za garść dolarów” i „Ostatni sprawiedliwy” to ten sam pomysł Dashiela Hammeta, ale jakże inne obrazy. Z bardziej pixarowego podwórka „Auta” to w zasadzie „Doc Hollywood” z Michaelem J. Foxem, tyle że wiele tu zbudowano mitem Route 66, nostalgią, odnośnikami do kina Drogi i finałem. Inny film na tej samej bazie. A „Iniemamocni”? Czy Alan Moore nie opowiadał wcześniej historii o podobnym punkcie wyjścia? Nie o to więc chodzi, nie w tym problem, że starą historię dajemy w nowych dekoracjach. Problem w tym, gdy to forma bez treści. Ot, sama historia chłopca na dzikim zachodzie nie wydawała się już zbyt atrakcyjna, więc dołożono to, co według kalkulacji sprzedawało się najlepiej. A że padło na dinozaury? No to zobaczmy, co się teraz da z tym zrobić. Mały chłopczyk zachowujący się jak pies? Komiczne! Bandyci na trakcie to pterodaktyle? Brrr, jeszcze latają w chmurach jak rekiny. Tyranozaury to kowboje? Ojej, ale będzie fajnie!

Tyle, że zupełnie nie. Cały czas towarzyszy nam rozstrój opowieści i formy jaką przybrała, zupełnie jakby w filmie rozjechał się dźwięk z obrazem. Coś nie gra, coś drga i skacze w głębi umysłu. Coś drażni.

Pytam sam siebie czy wytrzymałbym to wszystko, gdyby strona wizualna była bez zarzutu, gdyby po prostu zafundowano nam powtórkę z Pocahontas/Avatara, ale w tym przypadku to byłoby jednak zupełne gdybanie, gdyż, pomijając może kreację Bąbla, wizualnie ten film to też niedopracowana chałtura. Od teł, po kreacje postaci, tandeta zrobiona na szybko, byleby można było wypuścić zabawne plakaty z dinozaurem, chłopcem i choinką…

Szkoda…

I jeszcze jedna rzecz, tak na koniec. Przed seansem studio zapowiedziało kolejną swoją produkcję. Nie zgadniecie: Tak, teraz, skoro znaleźliśmy Nemo, będziemy szukać zagubionej we własnym umyśle Dory. A potem wrócą Iniemamocni… Parafrazując księżniczkę Amidalę, powiem, że tak umiera studio Pixar. Do wtóru wesołego śmiechu coraz głupszych dzieci, rozbawionych bekaniem dinozaurów.

alien-covenant
Poprzedni

Wszystkie rodzaje xenomorfa w Alien: Covenant [galeria]

Netflix
Następny

Jessica Jones i popkultura gwałtu [serial]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz