KINO / DVD 

Dope – Murzyn, czyli czarnuch, ziomal, cwaniak, raper, diler, gangsta i co jeszcze? [recenzja] [film] [dramat]

Na „Dope” niewiele osób zwróciło u nas uwagę, przeszło gdzieś w cieniu „Straight Outta Compton”.  Tymczasem to film w najciekawszy sposób podsumowujący wizerunek Afroamerykanów, który przez ostatnie dziesięciolecia wykształciła popkultura.
Odyseja Malcolma, który na skutek kilku zbiegów okoliczności zostaje wplątany w narkotykową intrygę przynosi na końcu i bohaterom, i widzom rodzaj umysłowego otrzeźwienia.

Do wyliczanki z tytułu recenzji dorzućmy jeszcze usankcjonowanego przez polityczną poprawność, stojącego na przeciwnym biegunie czarnoskórego geniusza naukowca/przywódcę (narodu) – figury znane z choćby „Terminatora 2”, „Dnia zagłady”, a ostatnio i z rzeczywistości. A teraz spójrzmy na Malcolma, bohatera „Dope”. Malcolm Adekanbi to geek, szóstkowy uczeń i nastolatek z naturalnymi dla nastolatka potrzebami. Ma dwójkę bliskich przyjaciół (czarnoskórą lesbijkę i  Latynosa), razem grają w zespole z klasycznym składem – gitara, bas, perkusja, nie rapują, ale kochają muzykę hip-hopową z lat dziewięćdziesiątych. Poza tym to całkiem normalny, bystry chłopak z racjonalnymi ambicjami. Problem w tym, że otaczająca go rzeczywistość, w której Afroamerykanie grają przypisane im z góry role, uznaje te ambicje za nieracjonalne. Chłopak z przedmieść miałby iść na Harvard? Jakoś to do siebie nie pasuje. I wtedy właśnie zaczyna się zły sen –  ta wredna, utkana ze stereotypów rzeczywistość wypowiada Marcusowi wojnę. Wtłoczy i przeczołga go po kolei przez większość z wymienionych wyżej, w tytule recenzji figur, licząc zapewne, że z którąś z nich, ów oporny nigger ostatecznie się  utożsami.

Przez ów eksperyment, film również przez większość czasu udaje to, czym nie jest, czyli po prostu głupawą komedię o nastolatkach. Na pewnym poziomie można (i trzeba) go tak zresztą odczytywać, ale właśnie – mamy tu kilka poziomów, tak samo jak kilka znaczeń ma tytułowe „dope”, czy redefiniowane w filmie określenie „nigger”. Gdzieś w tym nadawaniu jednoznacznie kojarzącym się określeniom nowych, czy nawet przeciwstawnych znaczeń kryje się myśl przewodnia filmu – jest nią podana nie w formie krzyków oburzenia i pretensji, tylko z zadziwiająca mieszaniną rezygnacji i determinacji, niezgoda na zaszufladkowanie. Dlatego też, odyseja Malcolma, który na skutek kilku zbiegów okoliczności zostaje wplątany w narkotykową intrygę przynosi na końcu i bohaterom, i widzom rodzaj umysłowego otrzeźwienia. Tak naprawdę pewne krzywdy, czy jako poszczególne jednostki, czy jako rasy i narody, sami sobie robimy. Rzecz jasna, różne grupy społeczne mogą inaczej odczytywać i odnosić do siebie te same uwarunkowania historyczne. Afroamerykanie w wielu dziedzinach życia próbują dziś odbić sobie wszelkie, napotkane przez dziesięciolecia, a nawet wieki  „niedogodności”. A jednak w pewnym momencie okazało się, że z tego pragnienia, z tego dochodzenia po latach krzywd swoich racji tworzy się, szczególnie w popkulturze – rodzaj błędnego koła. Skutkiem czego, mechanizm politycznej poprawności zamiast równouprawniać, zaczął tworzyć nowe stereotypy, nowe szufladki.

Lata temu  borykał się z podobnymi problemami w swoich filmach Spike Lee, podchwytywał temat John Singleton w „Chłopakach z sąsiedztwa”. A co mamy, patrząc w pewnym uproszczeniu, dzisiaj? Na ekranach kin i telewizorów, czarnoskórzy aktorzy pojawiają się przecież nie tylko jako figury  wymienione w tytule recenzji. Są wśród nich doktorzy, złoczyńcy, policjanci, adwokaci, ale często spotykamy się z rodzajem naddatku – jeśli policjant, to niech będzie ekscentryczny, jeśli złoczyńca, to może niech przy okazji będzie męczennikiem. Zbiorem stereotypów staje się również bijące obecnie rekordy oglądalności telewizyjne „Imperium”, czyli murzyńska mieszanina (przyznajcie, te określenie sprzed nawiasu brzmi jakoś odpychająco i archaicznie, ciekawe dlaczego?) „Dynastii” i szekspirowskiego „Króla Leara”. Czego zatem brakuje w serwowanym przez popkulturę wizerunku Afroamerykanów? Czegoś autentycznego, czy może raczej – zwyczajnego. Normalnej ludzkiej istoty, która gdy tylko przyjrzymy się jej z większą uwagą, posiada wszelkie prawo do bycia skomplikowanym, człowieczym bytem. Tę lukę wypełnił właśnie Malcolm z „Dope” – chłopak (a nie czarnuch, ziomal, cwaniak itd.) z przedmieść.

Successbl / Dzika Banda
Poprzedni

Najlepsze gry 2015 [podsumowanie roku]

Successbl / Dzika Banda
Następny

Najlepsze seriale 2015 [podsumowanie roku]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

2 Comments

  1. 2015-12-23 at 12:12 — Odpowiedz

    Niezły film. Przeszkadzał mi trochę wyskok w kierunku niskich lotów humoru (akcja z naćpaną laską i efekt ów naćpania). Ale tak… hołd dla kolegów po fachu i ich kina z początku lat 90-tych. Boaz Yakin „Fresh” (1994), Ernest R. Dickerson „Juice” (1992), Jeff Pollack „Above the Rim” (1994), bracia Albert i Allan Hughes „Menace II Society” (1993), F. Gary Gray „Friday” (1995) i oczywiście John Singleton „Boyz n the Hood” (1991), „Higher Learning” (1995) i pierwszw jointy Spike’a Lee. Wszyscy oni powinni być co najmniej usatysfakcjonowani tym co zobaczyli w „Dope”. Co ciekawe reżyser „Dope” w latach gdy kino gangsta było na topie kręcił komedie romantyczne.

  2. Anonim
    2015-12-25 at 19:50 — Odpowiedz

    Bardzo fajny film, naprawdę mnie zaskoczył i w sumie trafiłam na niego całkiem przypadkiem. Polecam.

Dodaj komentarz