KINO / DVD 

Dzień Bastylii – sensacyjne kino, dziennikarskie ekscesy [recenzja]

„Dzień Bastylii” to niezłe, sensacyjne kino, którego fabuła zręcznie wykorzystuje współczesne, palące tematy. O tyle zręcznie, że była w stanie podzielić obecnych na pokazie przedpremierowym dziennikarzy.
W „Dniu Bastylii” popkultura chciwie pochwyciła, przeżuła i wypluła palące tematy z pierwszych stron gazet.

Człowiek idzie w gorący dzień na sensacyjny film z przymierzanym do roli Bonda Idrisem Elbą, chce się po prostu trochę rozerwać, a wraca z przeświadczeniem, że znowu przerosła go rzeczywistość. Znaczy, że w Polsce nic się nie zmieniło.

Na ekranie Idris Elba robi rozpierduchę. Nie za bardzo jestem przekonany, czy pasuje na Bonda, bo jest w „Dniu Bastylii” niczym czołg, który wszystko musi rozjechać – góruje nad otoczeniem, bez pardonu wali po gębach i niemal w pojedynkę rozbija grupę poważnych zakapiorów (niczym Liam Nesson w „Uprowadzonej”). Jako agent Briar mówi o sobie, że jest nieodpowiedzialny i niesubordynowany i dokładnie tego mamy się po nim spodziewać. W zasadzie powtarza tu, z małymi modyfikacjami rolę Luthera, ale czy miałoby to komuś przeszkadzać? Przeszkadzało co innego, ale o tym za chwilę.

Dzień Bastylii przypada na czternastego lipca. Dwa dni wcześniej dochodzi w Paryżu do eksplozji, która kosztuje życie cztery osoby. W pierwszych minutach filmu dowiadujemy się, w jaki sposób doszło do zamachu i jest to bardzo udane, mocno filmowe zawiązanie akcji. Poznajemy granego przez Richarda Maddena Michaela, bardzo skutecznego złodzieja, który kradnie torbę z ukrytą w pluszaku bombą, przeżywającej chwile wątpliwości zamachowczyni. Michael nie wie, że w torbie jest ładunek wybuchowy i rozczarowany zdobyczą rzuca ją na stertę śmieci. Bomba po chwili wybucha, a złodziej dzięki wszędobylskim kamerom monitoringu, staje się wkrótce głównym podejrzanym, ściganym nie tylko przez francuskie służby, ale także przez granego przez Elbę agenta, który im dalej w las, tym bardziej zaczyna wątpić w ustalony przez media i francuskie służby ciąg wydarzeń. Koniec końców, amerykański agent i amerykański złodziej będą razem dochodzić prawdy i szukać ] ściganej także przez swoich wspólników zamachowczyni.

A zatem – w czym problem? W tym, ze popkultura chciwie pochwyciła, przeżuła i wypluła palące tematy z pierwszych stron gazet. Przede wszystkim, powszechnie potępiane przez ogół problemy współczesnego świata w postaci zamachów terrorystycznych (i to jeszcze we Francji), zostały przez scenarzystów wykorzystane jako paliwo napędzające fabułę. W fikcyjnej historii zginęły cztery fikcyjne osoby, oczywiście oskarżeni zostali o to emigranci, na ulicach Paryża zrobiło się gorąco, internetowi aktywiści zaczęli nawoływać do protestów. Słowem na ekranie dzieje się wiele i tak jakoś blisko rzeczywistości, a tymczasem twórcy filmu robią sobie podśmiechujki. Mianowicie budują opartą na kontrastach relację agenta CIA i złodzieja i sprawiają, że młodsza widownia podczas tych fragmentów rechocze. Inna widownia, najwyraźniej kombatancka, nie może tego rechotu znieść i podczas seansu pada okrzyk z ust starszej pani: Z czego się śmiejecie!? „Głupki!” – dodaje starszy pan siedzący tuż za nią, a potem jeszcze pada, z przekąsem i z wyczuwalnej, małej litery: „dziennikarze…”. Znaczy, dziennikarze od siedmiu boleści, rechoczący, gdy w tle ludzki dramat. A młodsi dziennikarze nic sobie z tego nie robią i gdy znowu mamy śmieszną scenę, śmieją się. Czyli znowu nie ma porozumienia i nie ma dialogu. A to Polska właśnie, chciałoby się powiedzieć, na tym sensacyjnym filmie z fabułą osadzoną w Paryżu. Cuda, po prostu cuda i dziwy!

Co do mnie, wiekowo osadzonego gdzieś między młodymi i starszymi, na tych luźniejszych momentach nie rechotałem, tylko uśmiechałem się pod nosem. A po krzykach starszej gwardii już zupełnie zgłupiałem, bo takich rzeczy raczej się nie spodziewałem – chyba nie doceniając perfidii popkultury. Generalnie, za to ją kocham, za umiejętność doprowadzenia każdego, przedstawianego w jej optyce konfliktu do absurdu. Musiałbym sporo zdradzić z fabuły „Dnia Bastylii”, by przybliżyć stojącą za filmem ideę, filmie na dodatek bardzo sprawnie rozgrywającym socjotechniczne chwyty, przynależne wydawałoby się ośrodkom autorytarnej władzy. Chuja tam władzy i chuja tam autorytarnej. Każdy z nas jest perfidnym socjotechnikiem i przede wszystkim robi dobrze sobie. Bardzo ładnie pokazano to w multikulturowym „Dniu Bastylii”, czyli przyzwoitym, sensacyjnym filmie z bardzo dobrymi scenami akcji i dosyć naciąganą fabułą, w którym twórcy chcieli sprowadzić nas na ziemię i przede wszystkim uciec od szaleństwa idei, ale w przypadku polskich widzów wyszło im z tego coś zupełnie odwrotnego. Cóż, podsumowując, w takim gorącym dniu przydałaby się po prostu orzeźwiająca ulewa, uspokajająca rozgorączkowane emocje. Albo i potop.

Egmont
Poprzedni

Kryzys na nieskończonych ziemiach - coś się kończy, coś się zaczyna [recenzja]

In rock
Następny

Ramones. Hey ho, let's go - pechowi geniusze rocka [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz