KINO / DVD 

Dżin – artystyczna śmierć mistrza grozy [recenzja]

Pierwszy od siedmiu lat nowy horror Tobe Hoopera, twórcy legendarnej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Niestety „Dżin” to nieudany horror kompromitujący nazwisko niegdyś mistrza grozy.

Choć w sumie czy Hoopera może jeszcze coś skompromitować? Od premiery „Ducha” (1982 rok) nie podpisał się pod żadnym filmem, który można uznać za udany. Za to pod kilkoma koszmarnie złymi – owszem. Jest wiele plotek krążących o Hooperze. Że w latach 80. był tak mocno uzależniony od kokainy, że narkotyk zlasował mu mózg. Że nigdy nie nakręcił sam żadnego filmu, a jego najlepsze obrazy powstały przy udziale innych („Teksańska…” – Kim Henkel, „Funhouse” – Mark L. Lester, „Duch” – Steven Spielberg). Ile w tym prawdy – zapewne nie dowiemy się nigdy, ale jedno nie ulega wątpliwości. Po spektakularnej klapie swojego poprzedniego horroru „Kostnica” Hooper dostał wilczy bilet w Hollywood. I wtedy pojawili się panowie w Emiratów Arabskich, którzy zatrudnili Hoopera, by nakręcił arabski horror.

Pomysł wyjściowy nie był zły. Dżin w horrorze jest postacią niedocenioną i niewyeksploatowaną. Do tego producenci umożliwili Hooperowi dostęp do lokalnych legend. Idealne warunki do realizacji horroru. Prawie. Niestety scenarzysta nie skorzystał z miejskich legend, a Hooper… no cóż… Hooper zrobił to, co robi od lat. Poskładał w chaotyczną całość sceny zupełnie do siebie niepasujące.

„Dżin” to jeden z tych filmów, który mógłby podpisać w zasadzie byle kto, bowiem jest to rzecz niemal nietknięta reżyserską ręką.

O czym jest „Dżin”? Najprościej powiedzieć o arabskim małżeństwie, które wraca do domu, po latach banicji w USA. Tyle, że mieszkanie, które dostają okazuje się być nawiedzone. Tyle, że zamiast banalnego ducha mamy tu upiornego dżina, a raczej dżinicę, która szuka swojego dziecka. Hooper niestety nie miał żadnego pomysłu na opowieść o zemście demona po latach. „Dżin” to zlepek schematycznych scen w stylu ciemne kąty, zło w windzie, zło na pustyni itp. Jedyna oryginalna i mocna scena pojawia się pod sam koniec (jeśli do niej wytrwacie) i faktycznie robi wrażenie, tyle, że akurat jej zdradzić nie można, bo opiera się na niej cały twist historii. Twist, który niestety łatwo przewidzieć.

Oglądając „Dżina” (który nie bez powodu przeleżał na półkach dwa lata) przez cały czas zastanawiałem się – co do diabła stało się z reżyserem, który hipnotyzował nas brudem i niedopowiedzeniami w „Teksańskiej…”? Gdzie podziało się jego wyczucie grozy, pomysły? „Dżin” to jeden z tych filmów, który mógłby podpisać w zasadzie byle kto, bowiem jest to rzecz niemal nietknięta reżyserską ręką. Aktorzy plątają się tu bez ładu i składu, sceny są kompletnie niestraszne i co najgorsze pozbawione odrobiny oryginalności. Ot kolejny seryjny horror, o którym szybciej się zapomina niż ogląda.

MAG
Poprzedni

Drugie odkrycie ludzkości / Nostrilla - Tolkien science-fiction [recenzja] [książka] [sci-fi]

Universal Pictures
Następny

Straight Outta Compton – najniebezpieczniejszy film świata?

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz