KINO / DVD 

Eskorta – Dziki Zachód okiem kobiet [recenzja]

Western to gatunek stary jak samo kino, na pamięć znamy więc jego stałe motywy: od niebezpiecznych wędrówek przez prerie po pojedynki w samo południe. Tommy Lee Jones, będąc świadomym tej tradycji, proponuje niecodzienną, kobiecą perspektywę.

Amerykański gwiazdor, który od czasu do czasu staje po drugiej stronie kamery, ma najwyraźniej sentyment do westernu. Po raz drugi sięga po ten najbardziej męski z gatunków i znów, jak w „Trzech pogrzebach Melquiadesa Estrady” (2005), łączy go z kinem drogi. Tym razem stara się jednak odwrócić mit Dzikiego Zachodu, kierując światło reflektorów na jego kobiecą twarz. Niby żadna to nowość, płeć piękna nadawała już bieg wydarzeniom w „Bez przebaczenia” (1992) Clinta Eastwooda, „Prawdziwym męstwie” (2010) Braci Coen czy niezależnym „Meeks Cutoff” (2011) Kelly Reichardt. Tommy Lee Jones proponuje jednak wizję wyjątkowo przejmującą. Gorzką, choć wyważoną. W amerykańskiej literaturze podobnie opowiadane historie opatruje się mianem „brutalnego realizmu”.

Twórca „Eskorty„, chociażby w kontrze do optymistycznego klasyka „Jak zdobyto dziki zachód”, ukazuje znacznie mniej malowniczy rewers pionierskiej legendy.

Twórca „Eskorty„, chociażby w kontrze do optymistycznego klasyka „Jak zdobyto dziki zachód” (reż. John Ford, Henry Hathaway, George Marshall, Richard Thorpe; 1962), ukazuje znacznie mniej malowniczy rewers pionierskiej legendy. Zamiast na budowaniu nowego kraju, skupia się na skutkach, jakie ciężkie osadnicze życie wywierało na bohaterach (konkretnie: bohaterkach) o strukturze psychicznej delikatniejszej od osobowości twardzieli granych przez Johna Wayne’a. Idąc tropem literackiego pierwowzoru Glendona Swarthouta, przedstawia nam trzy kobiety, które na powszechnie panujące choroby, przemoc, śmierć i biedę reagują załamaniem nerwowym. Ich stan jest tak ciężki, że Arabellę, Gro i Theoline trzeba odesłać w rodzinne strony. Sęk w tym, że żona pastora, która zgodziła się nimi tymczasowo zaopiekować, mieszka w innym stanie. Tak zaczyna się podróż trzech obłąkanych i ich samozwańczej opiekunki Mary Bee Cuddy, jedynej, która podjęła się ich eskorty. Nietrudno zgadnąć, że odważna kobieta po drodze spotka męskiego sprzymierzeńca i – pomimo początkowych trudności – nawiąże z nim głębszą więź. Trafi na George’a Briggsa, włóczęgę, o fatalnych manierach i pociągu do whisky. Finał tej znajomości spadnie na nich (i na nas) dość niespodziewanie, co może frustrować (zwłaszcza widzów, którzy połknęli haczyk feministycznej perspektywy), ale dobrze robi filmowi.

Zakończenie jest jedyną niespodzianką w tym skądinąd klasycznym filmie – z obowiązkowo liryczną, po kobiecemu miękką ścieżką dźwiękową Marca Beltramiego i zdjęciami szerokiej amerykańskiej prerii autorstwa Rodriga Prieta. To dobrze odrobiona lekcja z kina gatunkowego, wsparta porządnym aktorstwem. Tommy Lee Jones, który wciela się w postać Briggsa słusznie pozwala dominować koleżance po fachu. Hilary Swank znakomicie oddaje złożoność charakteru Mary Bee Cuddy, pewnej siebie i skrajnie samotnej.

ŹRÓDŁO: ONET

Kino Świat
Poprzedni

Imperium robotów. Bunt człowieka - science fiction dla nastolatków [recenzja]

Egmont
Następny

All New X-Men #1: Wczorajsi X-Men - naiwność spotyka nowoczesność [recenzja]

Ewa Szponar

Ewa Szponar

Współpracowniczka Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz