KINO / DVD 

Eye in the Sky – niezwykle poruszająca wojna [recenzja]

Wiele już ekranowych wcieleń wojny z terroryzmem mieliśmy okazję oglądać – wystarczy wspomnieć choćby znakomitą „Syrianę” z George’em Clooneyem, czy „W sieci kłamstw”. I kiedy wydawałoby się, że z tematyki wiele więcej wycisnąć się nie da, „Eye in the Sky”, najnowszy film Gavina Hooda staje się kolejnym dowodem na to, że pozornie zużyty materiał może posłużyć jako baza do stworzenia znakomitego filmu. Bo tematyka to jedno, ale najważniejsza jest odwaga i pomysł.
„Eye in the Sky” to thriller kompletny. Nie dość, że trzyma w niesamowitym napięciu, to jeszcze spełnia rolę „wentylu bezpieczeństwa”.

Jak wygląda nowoczesna wojna, wszyscy zdajemy sobie sprawę. Wszechobecne szpiegostwo, najnowsza technologia, wreszcie decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach, realizowane przez naciśnięcie jednego przycisku. W takim świecie, kiedy granicę między życiem a śmiercią wyznaczają ułamki sekund, nietrudno zadać sobie pytanie o wartość zasad moralnych. Jakie działanie jest słuszne? Czy w ogóle można jakiekolwiek z nich tak określić? Wszak jak mawiał pewien wiedźmin: „Zło jest złem. Nieważne, mniejsze czy większe. To bez różnicy. Jeśli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale.” I paradoksalnie, przed takim właśnie wyborem stają bohaterowie „Eye in the Sky”.

Akcja filmu Gavina Hooda, reżysera znanego polskiej widowni choćby z najnowszej adaptacji „W pustyni i w puszczy”, toczy się w kilku miejscach na raz. Po równo będziemy towarzyszyć dowódcom wojskowym armii Wielkiej Brytanii i USA, terrorystom w samym sercu Afryki i przypadkowym ofiarom przyszłego dramatu, a wreszcie obserwującym całość z przestworzy pilotom bojowego drona. O czym więc konkretnie mowa?

Fabułę najlepiej streścić w kilku zdaniach, bo to co jest największą siłą „Eye in the Sky” rozgrywa się niejako obok głównej osi wydarzeń. Po serii zamachów terrorystycznych, przy pomocy najnowszych zdobyczy techniki rozpoczyna się polowanie na ludzi za nie odpowiedzialnych. Nie trwa długo, kiedy nadarza się okazja by pojmać, a być może unieszkodliwić ich na dobre. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej, bo zaplanowana rutynowo akcja wkrótce skomplikuje się do tego stopnia, że każe wielu ludziom zweryfikować poglądy co do własnej etyki i moralności, a proste decyzje okażą się najtrudniejszymi jakie kiedykolwiek przyszło im podjąć.

Brzmi to nieco enigmatycznie i tak zasadniczo rozpoczyna się „Eye in the Sky”. Początek najnowszego filmu Gavina Hooda nie zwiastuje bowiem nic, czego byśmy już wcześniej nie widzieli – ot, kolejne łzawe rozterki bohaterów skonfrontowane z okrucieństwem wojny, porównywalne do tych z „Dobrego zabijania”. W przeciwieństwie jednak do filmu z Ethanem Hawke’em, „Eye in the Sky” podejmuje wątek w ujęciu całościowym i jest dzięki temu, co tu mówić, bardziej autentyczne. Czegóż w tym filmie nie mamy? Paraliż decyzyjny, wątpliwa argumentacja zasadności podejmowanych działań, manipulacja faktami – w to absolutnie można w filmie Hooda uwierzyć. I dopiero kiedy zaakceptujemy realność przedstawionej sytuacji, reżyser pewną ręką wprowadza nas w materię zgoła bardziej koncentrującą sie na pojedynczych bohaterach.

Trzeba też oddać Hoodowi i jego ekipie, że realizacyjnie popełnili majstersztyk. Znakomite wyczucie czasu scenariusza i piętrzące się lawinowo wypadki to jedno, inna sprawa to samo przełożenie tego na filmową taśmę. Na uwagę zasługuje już sam pomysł ukazania sporej części akcji z lotu ptaka – konia z rzędem, jeśli ktokolwiek spodziewałby się przed seansem, że taki zabieg może wywołać u widza jakiekolwiek emocje. Tu po raz kolejny przychodzi z pomocą perfekcyjnie wyznaczający kolejne akcenty skrypt, który w zapalnych momentach płynnie przedstawia widzowi sytuację z innych perspektyw. Podobnie jest z obsadą – nazwiska to sama śmietanka i w zasadzie każda z ról, nie wyłączając nieodżałowanego Alana Rickmana jest małą perełką – a obok wielkich gwiazd, szczególnie znakomicie wypadają Aaron Paul i Phoebe Fox, jako targani wątpliwościami piloci „na linii frontu”.

„Eye in the Sky” to thriller kompletny. Nie dość, że trzyma w niesamowitym napięciu, to jeszcze spełnia rolę „wentylu bezpieczeństwa”, swoistej projekcji największych strachów społeczeństwa. I pokazuje je tak jak trzeba, po ludzku. Tutaj nie ma powiewających flag, motywujących przemów i heroicznych aktów jednostek. Są tylko łzy. Bo parafrazując inny cytat – wojna może i nigdy się nie zmienia, ale też nikt w niej tak naprawdę nie wygrywa.

Gdzie jest Dory
Poprzedni

Gdzie jest Dory? - udany powrót kultowych bohaterów [recenzja]

red hot chilli peppers
Następny

10 najlepszych teledysków Red Hot Chilli Peppers [ranking]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz