KINO / DVD 

Gdzie jest Dory? – udany powrót kultowych bohaterów [recenzja]

„Gdzie jest Dory?”, sequel wielkiego przeboju Pixara sprzed kilkunastu lat może nie ma świeżości i siły pierwowzoru, ale wciąż oferuje po części wzruszającą, po części emocjonującą fabułę, która w końcowym efekcie niesamowicie odpręża.
Humor „Gdzie jest Dory?” najlepiej sprawdza się w błyskotliwym uczłowieczeniu zwierzęcych bohaterów, co ponownie pozwala stworzyć galerię uroczych, pomysłowych i zakompleksionych zarazem dziwaków.

Są takie filmy – filmy dla dzieci – których rodzice maluchów nienawidzą, bądź przynajmniej przypłacają obcowanie z nimi traumą. Ostatni raz widziałem „Gdzie jest Nemo?” ponad dziesięć lat temu, po czym wyparłem film z  pamięci. A wyparłem z racji tego, że widziałem produkcję Pixara pewnie z jakieś sto razy, przez co znałem na pamięć dialogi i fabułę, którą czasami musiałem dodatkowo snuć kilkuletniej wówczas córce przed snem. Potem „Gdzie jest Nemo?” zniknął wydawałoby się na zawsze z mojego życia aż do chwili, kiedy otrzymałem zaproszenie na przedpremierowy seans „Gdzie jest Dory?”. Stanął przede mną niemal hamletowski dylemat – darować sobie ów seans, czy nie? Odpuścić, czy zaryzykować (nawrót traumy)? Rzecz jasna koloryzuję, bo przecież czas leczy rany, a „Gdzie jest Nemo?” to mimo wszystko film znakomity, zabawny, wzruszający i brawurowy, na dodatek z cudownym dubbingiem, w którym wyjątkowo zachwycała przekomicznie trajkocząca (bądź mówiąca po waleńsku) Joanna Trzepiecińska. To w dużej mierze dla niej, dla usłyszenia po raz kolejny, tym razem  w nowej odsłonie rezolutnego głosu Dory, wybrałem się na seans. I nie żałuję.

Od premiery pierwszej części minęło już 13 lat, natomiast w sequelu oglądamy wydarzenia zaledwie o rok późniejsze. Wszystko w życiu błazenków i ich przyjaciółki jest w najlepszym porządku. Dory jest nawet zaangażowana w wychowanie młodzieży, choć częściej to ją trzeba bardziej pilnować, niż  maluchy. Wszystko przez napędzające w dużym stopniu fabułę pierwowzoru, kłopoty z pamięcią krótkotrwałą rybiej bohaterki, które zawsze prowadziły do zarówno zabawnych, jak i dramatycznych komplikacji. Trzynaście lat temu wprowadzenie do filmu dla dzieci elementu znanego z „Memento” sprawdziło się wyjątkowo dobrze, dlatego też skupienie się właśnie na tej kwestii w sequelu trochę czuć odgrzewanym kotletem. Wrażenie wtórności jest jednak ulotne, ponieważ twórcy dostarczyli widzom tak angażującą uczuciowo fabułę, że bardziej oddajemy się czerpanej z seansu przyjemności, niż punktowaniu jego wad. No bo jak nie kibicować Dory, która w nagłym przebłysku pamięci przypomina sobie, że przecież miała kochających rodziców i natychmiast podejmuje decyzję o ich odszukaniu. Od tego momentu rozpoczyna się kolejna, wielka przygoda. Dory, Marlin i Nemo ruszają na poszukiwania rodziców niebieskiej rybki.

Jest jedno zaskoczenie – cała trójka bardzo szybko dociera do miejsca przeznaczenia, które Dory zapamiętała jako „Klejnot Zatoki Kalifornijskiej” i ów element z początku rozczarowuje, ponieważ spodziewaliśmy się zapewne dużej dawki przygód podczas tej, jak się okazuje niezwykle szybkiej podróży. Tymczasem twórcy uciekli od tej przewidywalnej powtórki, osadzając większość fabuły w jednej, acz rozległej lokacji. To powoduje, że „Gdzie jest Dory” jest produkcją bardziej kameralną i lżejszą w tonie, co na wstępie zapowiada urocza i pasująca klimatem do filmu krótkometrażówka Pixara, zatytułowana „Pisklak”, a wieńczy w końcówce relaksujący cover „Unforgettable”. Sequel z pewnością nie wywołuje aż tak silnych emocji jak pierwowzór, a  niektóre rozwiązania mogą sprawiać wrażenie wciskanych nieco na siłę, byle skomplikować fabułę. Takie refleksje przychodzą do głowy jednak długo po seansie, bo w trakcie nie ma kiedy się nad tym zastanawiać. Wciągnięci w wir fabularnych atrakcji oddajemy się całkowicie przyjemności oglądania, szczególnie od momentu, kiedy zgodnie z tym co sugeruje tytuł, błazenki niespodziewanie rozdzielają się z Dory i zaczynają jej szukać.

W perypetie trójki bohaterów włączają się oczywiście inne, w większości nowe postacie (w tym, w zaskakującym występie, Krystyna Czubówna), wśród których prym wiedzie zaradna ośmiornica o imieniu Hank (świetny Andrzej Grabowski). To właśnie sceny z udziałem Hanka, wcale nie bezinteresownie pomagającego Dory, wywołują najwięcej emocji. Mamy w jego przypadku do czynienia z mistrzem kamuflażu, który używając swych iście kameleonowych zdolności (i przy okazji ośmieszając ludzkich bohaterów filmu), co i rusz wywołuje na twarzach widzów szeroki uśmiech.

W ogóle humor „Gdzie jest Dory?” najlepiej sprawdza się w błyskotliwym uczłowieczeniu zwierzęcych bohaterów, co ponownie pozwala stworzyć galerię uroczych, pomysłowych i zakompleksionych zarazem dziwaków, którzy momentami przypominają grupę pacjentów z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Oczywiście nie możemy tu oczekiwać dramatu na miarę oscarowego filmu Formana, dostajemy w zamian jego dramaturgiczne przeciwieństwo, w którym i tak chodzi o to samo – czyli skandowaną zbiorowo w końcówce filmu wolność. To ona okazuje się być na równi istotna z przedkładaną tu ponad wszystko rodziną. Wolność jest cudownie uosabiana przez dążącą do celu mimo wrodzonych ograniczeń niebieską rybkę i zawiera się w jednej frazie, którą jak mantra powtarzają schodzące w sequelu trochę na drugi plan błazenki. W „Gdzie jest Nemo?” mottem Dory było „mówi się trudno i płynie się dalej”, w sequelu bohaterka staje się dla Marlina i Nemo wręcz wzorem do naśladowania, a najważniejszą kwestią staje się „co zrobiłaby Dory” w sytuacji pozornie bez wyjścia. Po prostu zrobiłaby co trzeba i z pewnością nie przeszłaby  jej przez głowę myśl, żeby się poddać i pogrążyć  w rozpaczy. Po prostu zuch dziewczyna!

obecność 2
Poprzedni

Obecność 2 - Powtórka z Demona [recenzja]

Bleecker Street
Następny

Eye in the Sky - niezwykle poruszająca wojna [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz