KINO / DVD 

Git – obejrzane za karę [recenzja] [film]

Jeśli macie ochotę na mocne wizualnie i językowo kino osadzone w realiach polskiego więzienia z wyrazistymi postaciami i trzymającym się kupy scenariuszem, obejrzyjcie jeszcze raz „Symetrię”.

Humor i dystans mogłyby uratować ten film, ale nic takiego nie ma tu miejsca. Jest super-ultra-mega-mrocznie i na patosie.

Już pierwsze dziesięć minut „Gita” daje jasno do zrozumienia, z jakim filmem będziemy mieli do czynienia. Ujęcia mężczyzny karmiącego psa surowym mięsem są przełamane wydaniem wiadomości. Pani z telewizora wycięta i na siłę wmontowana na komputerowe tło WYRAŹNIE ARTYKUŁUJE doniesienia o powodzi dewastującej kolejne miasta wzdłuż Wisły w sposób, który każe mi wątpić czy udałoby się jej znaleźć zatrudnienie w mediach. Drugi news dotyczy zakładu karnego w Łęczycy, w którym został zamordowany stary więzień. Pies żre mięso niechętnie.

Cały film skonstruowany jest z trzech segmentów – wywiadu z tytułowym gitem, który encyklopedycznie definiuje trudne pojęcia gwary więziennej i pozwala widzom mniej obeznanym z realiami życia w mamrze zrozumieć jak funkcjonuje ten patologiczny ekosystem, wywiadu z jego mordercą, w tej roli znany ze wspomnianej „Symetrii” Arkadiusz Detmer, oraz z ujęć przedstawiających faktyczne wydarzenia mające miejsce w celach i na spacerniaku, które doprowadziły do śmierci osadzonego. Kadry są ciasne, a scenografia obskurna i dołująca, bo autentyczna. Większość scen kończy się ściemnieniem dając widzowi czas do refleksji, jak zły film przyszło mu oglądać.

Chciałem polubić Gita, naprawdę chciałem, bo szanuję w polskim kinie każdą próbę stworzenia czegoś innego od komedii romantycznej, w której dziewczyna z prowincji poznaje korpoluda z warszawskiego Mordoru, ale nie mogę – przez jego groteskowość i jednowymiarowość. Groteskowa jest gra aktorska, groteskowe są tatuaże więźniów przedstawiające swastyki i korony cierniowe, które zostały zrobione chyba długopisem i groteskowe jest to, że film zawsze bierze siebie na poważnie. W scenach z udziałem Ruskiego, klnącego z wschodnim akcentem neonazisty (?), który ma ochotę zdetronizować starego przywódcę, miałem wrażenie, że zamiast „Gita” oglądam GIT Produkcję. Wręcz wyczekiwałem z utęsknieniem momentu, w którym w kadrze pojawi się Doktor Yry z wymiętym petem w ustach, a cała sekwencja zakończy się obijaniem mordy, kopaniem kukieł i bryzgającymi fontannami keczupu.

Humor i dystans mogłyby uratować ten film, ale nic takiego nie ma tu miejsca. Jest super-ultra-mega-mrocznie i na patosie. Ruski krzywi się, bluzga i miota po ekranie starając się wyglądać jak najbardziej antypatycznie, nawet na sekundę nie przestając być wyciętym z szablonu bohaterem, który został osadzony w fabule tylko po to, by zagrać czarny charakter. Kompletnie pozbawiony osobowości jest dziennikarz przesłuchujący więźniów, którego jedynym zadaniem jest łączenie poszczególnych wątków. Jednowymiarowy jest nawet dualizm głównego bohatera, który na zewnątrz stara się być skałą, bo to jedyny sposób, by przetrwać w pomylonych więziennych realiach, ale, jak nietrudno przewidzieć, wewnątrz mięknie i tęskni za normalnością.

Po „Gicie” można by jechać jeszcze długo analizując źle uzasadnione motywacje bohaterów, katastroficzne „efekty specjalne”, wymuszony symbolizm (płonący Jezus! spadający liść!) czy poprowadzone bez żadnego pomysłu chaotyczne sceny walki, ale nie będę się znęcał. Jeśli macie ochotę posłuchać trochę autentycznej grypsery, a boicie się zakolegować z wykropkowanymi panami z Pragi Północ czy innych Bałut, odpalcie sobie film Konrada Niewolskiego. Ten omijajcie szerokim łukiem. Ciach bajera.

XL Recordings/Sonic
Poprzedni

25 - Adele i pop z duszą [recenzja]

Powergraph
Następny

Wróżenie z wnętrzności – subtelna wiwisekcja [recenzja]

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski – dziennikarz, copywriter, tłumacz i pisarz. Absolwent Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pochodzi z Kutna, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w dziale kreacji jednej ze stołecznych agencji reklamowych. Twórca kampanii, spotów i haseł dla wielu rozpoznawalnych marek w Polsce i za granicą. W 2015 roku zadebiutował powieścią „2049” (Novae Res). Amator trudnych gier, amerykańskiej prozy i starych, niemieckich aut.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz