KINO / DVD 

Glitch – Kolejny powrót zmarłych [recenzja]

Lipiec przyniósł premiery zaledwie kilku seriali. Wśród nich jest australijski „The Glitch”. Dopiero gdy zaczynamy oglądać, okazuje się, że to zwykła ściema, bo serial to żadna tam premiera, a raczej coś, co ostatnio widzieliśmy na małym ekranie chyba zbyt często.

Pamiętam moje zdziwienie, kiedy kilkanaście lat temu w letnim okresie trafiły do kin dwa wysokobudżetowe filmy o pędzącym w stronę Ziemi kosmicznym zagrożeniu – w „Armageddonie” była to asteroida,  w  „Dniu Zagłady” kometa. Taka bliźniacza tematyka wydawała się wówczas ewenementem i jednorazowym nieporozumieniem. Dzisiaj takie zagrywki są juz na porządku dziennym, zwłaszcza w świecie seriali. Powstają juz nawet nie klony, ale klony klonów, twórcy podkradają sobie pomysły modyfikując fabułę tak, aby ustrzec się od zarzutu plagiatu („Between” będące zlepkiem pomysłów z „Pod kopułą” i „The 100”). Fascynuje mnie szczególnie jeden trend, czemu dawałem już wyraz w tym tekście Serialowe trendy: Mindfuck.

W serialach „Resurrection” i  w „The Returned martwi ludzie powracali do życia. W obu przypadkach oglądaliśmy serial z gatunku mystery, z dużą domieszką wątków familijnych. Ważniejsze od wyjaśnienia zjawiska były tu relacje między powracającymi, a ich bliskimi.  Gdy twórcy w pewnym momencie wiedzieli już, że zbłądzili, zasłaniali się po prostu tanią metafizyką. Dzisiaj mam za sobą dwa odcinki australijskiego „The Glitch”. Martwi znowu powrócili do świata żywych. I znowu, podobnie jak podczas oglądania „Resurrection” i „The Returned”, zadaję sobie pytanie – po co?

W „The Glitch” martwi znowu powrócili do świata żywych. I znowu, podobnie jak podczas oglądania pokrewnych tematycznie „Resurrection” i „The Returned”, zadajemy sobie pytanie – po co?

Żeby nie było, że się czepiam. Pierwsze trzy minuty serialu są naprawdę świetne. Trochę w klimacie „Mgły” Carpentera. Małe miasteczko z fajną, niepokojącą  nazwą (Yoorana), noc, brzęczenie owadów i wyładowania elektryczne. Przenosimy się na cmentarz. Ktoś wykopuje się z grobu. Po chwili widzimy nagą kobietę, której ciało pokrywa zaschnięta ziemia. Potem wykopuje sie kolejna osoba. I jeszcze jedna. Powoli szykujemy się na atak zombiaków, ale żadnego ataku nie będzie. Pojawia się za to miejscowy policjant i lekarka, którzy zgarniają golasów do samochodów. Jak się okazuje nie wszystkich. Jeden golas ucieka, ale jest śledzony przez młodego chłopaka, który wcześniej anonimowo zgłosił policji te niezwykłe zdarzenie. Drugi golas wykopuje się nieco później i podąża w nieznanym kierunku. Dość szybko ustalone zostają tożsamości poszczególnych osób. Okazuje się, że jedna z nich jest bardzo bliską osobą dla policjanta i zmarła zaledwie przed dwoma laty. Ale daty śmierci pozostałych są wcześniejsze, a nawet w niektórych przypadkach dużo wcześniejsze. Na przykład golas, który ostatecznie zaprzyjaźnia się ze śledzącym go chłopakiem, zmarł w dziewiętnastym wieku. Czy cokolwiek z tego fenomenu zostanie wyjaśnione?

Na razie twórcy mnożą zagadki i starają sie na siłę komplikować fabułę. Powracający nie mogą wyjechać poza miasteczko – przy próbie wywiezienia jednego z nich do zamiejscowego szpitala, oczy delikwenta nagle krwawią, a ciało zaczyna się dekomponować. Policjant i pani doktor fakt powrotu zmarłych do życia ukrywają przed resztą małomiasteczkowego społeczeństwa. W jakim kierunku potoczy się fabuła? Rzecz jasna nie powinienem się nad tym specjalnie zastanawiać, tylko najzwyczajniej w świecie dać sobie z tym spokój. Co zrobić, skoro ów serialowy trend zaczyna mnie poważnie fascynować?

Po prostu znowu będę punktował scenariuszowe głupotki, choćby takie jak brak zjawiska szoku kulturowego u tych z powracających, którzy żyli w dalekiej przeszłości. Byli zmarli i ich obecni opiekunowie jakoś podejrzanie szybko przystosowują się do nowych okoliczności, mamy tu naprawdę śladowe ilości traumy. Znowu będę zabijany powagą fabuły i nadętymi dialogami. A przecież  to niezły patent na serial komediowy. W „The Glitch” pada nawet kwestia, którą można by podczepić pod komedię: „And now I’m back. And so my breast”. Ale nie, sorry, to moment wcale nie do śmiechu. Przed śmiercią, jedna z powracających chorowała na raka, przeszła mastektomię obu piersi, a teraz jej biust jest na miejscu. Takie właśnie są te seriale, zamiast intrygować zagadką, serwują rodzaj emocjonalnego terroru. Jedyną nadzieję daje zmiana scenerii i niepokojące motywy związane z samym tytułem (glitch, czyli zakłócenie). Może Australijczycy będą mieli coś więcej do zaoferowania i czymś jednak zaskoczą? Bo na razie jedyną przyjemność sprawia mi wsłuchiwanie się w akcent australijskich aktorów. A to chyba trochę za mało.

Czarna Owca
Poprzedni

Mam cię na muszce - tchórz i pijak, Charlie Mortdecai [recenzja]

Egmont
Następny

Batman: Mroczne odbicie - w starym dobrym stylu [recenzja] [komiks]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz