KINO / DVD 

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy – fani dostali to, czego chcieli [recenzja] [film] [sci-fi]

Gwiezdna saga powraca, Moc się budzi! Bez spoilerów oceniamy, czy J.J. Abrams tchnął nowego ducha w najsłynniejszy filmowy cykl.
Abramsowi udało się oddać ducha oryginału. Postawił na prostotę fabuły i przejrzystość konfliktów w świecie trzydzieści lat późniejszym od wydarzeń w „Powrocie Jedi”.

Już same warunki, w których odbywał się pokaz prasowy „Przebudzenia Mocy” jasno wskazywały, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym – ze względów bezpieczeństwa każdy z widzów został przeskanowany wykrywaczem metali, a organizatorzy przedstawiając regulamin pokazu poprosili wszystkich obecnych o nie ujawnianie istotnych elementów fabuły. Z tym naprawdę jest problem, bowiem taki istotny element pojawia się już na samym początku, w treści majestatycznie sunących przez ekran napisów. Dowiadujemy się z nich, o co będzie toczyć się gra, a rzecz jasna będzie toczyć się, zgodnie z obiecującym tytułem, o coś wielkiego i niezwykle ważnego dla odległej galaktyki, która na całe szczęście wygląda bardzo znajomo dla fanów oryginalnej sagi. Bez senatów i debat politycznych – to, o co chodzi jest bardzo klarowne, dzięki czemu całkowicie udało się uciec od zagmatwanych wątków znanych z prequelów

I rzeczywiście, Abramsowi udało się oddać ducha oryginału. Postawił na prostotę fabuły i przejrzystość konfliktów w świecie trzydzieści lat późniejszym od wydarzeń w „Powrocie Jedi”. Zadziwiające, jak wiele musiało zdarzyć się przez owe trzydzieści lat, przez co rzeczywistość znanych nam dobrze bohaterów – Hana Solo i Chewbacci oraz księżniczki Lei wygląda zupełnie inaczej, niż kiedy się z nimi rozstawaliśmy. Znowu działa tu mechanizm, który znamy z oryginału, kiedy zadawaliśmy sobie wielokrotnie pytanie, co też musiało się takiego zdarzyć, że bohaterowie, a szczególnie ten jeden, wszedł na taką, a nie inną drogę. Dzięki temu mamy ponownie materiał nie tylko do rozmyślań i pytań, ale także na ciekawy materiał filmowy. A tak, przez te trzydzieści lat musiało się wydarzyć cholernie dużo i warto byłoby to w swoim czasie zobaczyć.

Ale wróćmy do tematu. To co się udało Abramsowi, to nie tylko oddanie ducha oryginału, ale przede wszystkim wprowadzenie nowych bohaterów. Najlepiej wypada tu porzucający mundur, znany z trailerów szturmowiec, czyli Finn. Między nim, a najważniejszą dla fabuły zbieraczką złomu z planety Jakku,  Rey, jest najwięcej chemii i dynamiki, które przez pierwszą połową filmu znakomicie napędzają akcję. A gdy na ekranie pojawia się jeszcze Han Solo i Chewbacca, wtedy naprawdę czujemy się jak w domu. Ze starych bohaterów to właśnie ta dwójka dostała najwięcej ekranowego czasu – dobrze się stało, bo  ich interakcje robią dla całego przedstawienia dużo, dużo dobrego. Trochę żal niewykorzystanego potencjału Carrie Fisher, której rola jest bardziej dekoracyjna niż istotna. Luke? No cóż, o Luku nie wolno mówić. Zamiast o nim, parę słów o głównym czarnym charakterze, Kylo Renie – troszkę zbyt papierowa rola, trochę zmarnowany potencjał, trochę niejasne motywacje. A właściwie to powtórka z rozrywki, być może gdyby dać mu więcej czasu bez hełmu, kreujący go Adam Driver bardziej wgryzłby się w rolę. Tu tak naprawdę dochodzimy do sedna sprawy, bo „Przebudzenie Mocy” jest naprawdę powtórką z rozrywki – przez większość fabuły czujemy się tak, jakbyśmy powtórnie oglądali „Nową Nadzieję” z dużą domieszką „Imperium Kontratakuje”.

W zasadzie, drugi z wymienionych tytułów chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorem, jeśli chodzi o gwiezdną sagę. Abrams musiał po prostu nakręcić w miarę bezpieczny film, który zadowoli jak najwięcej fanów. Wyszło mu to miejscami z polotem, miejscami musiał pójść na pewne fabularne ustępstwa. Pierwsza część filmu, kiedy wchodzimy w ten układ sił, w  nowy porządek jest znakomita, a kolejne odkrywane karty intrygują. Druga część filmu to zaś rodzaj odgrzewanego kotleta, który mimo że wciąż jest dobry, to jednak trochę stracił na świeżości. Bądźcie spokojni, to nic strasznego, tyle że, zamiast pełnoprawnego filmu, dostajemy w efekcie rodzaj rozbiegówki, na której kontynuację trzeba będzie trochę czasu poczekać. Jedno jest pewne, na te kolejne części chce się czekać, bo twórcy, szczególnie w przypadku Rey nie odkryli wszystkich kart. Cieszą efekty specjalne, cieszy humor (także  humor szturmowców!), cieszy wspaniała muzyka Johna Williamsa. A najciekawsze z tego wszystkiego jest to, jak nowe „Gwiezdne Wojny” wpisują się w dzisiejszy obraz świata. Zaskakujące, że znowu w gwiezdnej sadze możemy szukać analogii, tak w wymiarze globalnym i lokalnym, do naszej rzeczywistości. Jakby ta zadziwiająca w swojej prostocie i symbolice filmowa baśń, była w jakiś magiczny sposób odbiciem naszego, marnego świata i życia zwykłych ludzi,  zwłaszcza tych, którzy nigdy nie tracą nadziei na lepsze jutro. Moc się budzi, zło nie śpi, jest jak zawsze.

ashby-poster
Poprzedni

Ashby – proza życia na miękko [recenzja]

UIP
Następny

Rock the Kasbah - Gooood Moooorning Kasbah? Niestety, nie... [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

2 Comments

  1. Piotr
    2015-12-16 at 21:29 — Odpowiedz

    Logotyp podczas napisów początkowych jest stary („Star Wars”) czy nowy („Star Wars” z wpisanym „The Force Awakens”)?

  2. 2015-12-19 at 11:21 — Odpowiedz

    Ej, zamieściłeś spoiler: podałeś, że Mark Hamill nie gra Kylo Rena.
    Obaw można było mieć naprawdę wiele, również takich, że właśnie będzie to powtórka z „Nowej nadziei”, ale w ostatnich miesiącach chyba się uspokoiło. Narzekań na razie nie widzę. Może gdy emocje opadną.

Dodaj komentarz