KINO / DVD 

Harbinger Down – zaginiona perła z lat 80. [recenzja] [film] [horror]

Państwo sobie wyobrażą – co byłoby gdyby efekty CGI nigdy nie powstały? Jak wyglądałby te wszystkie wielkie produkcje, w których więcej efektów niż fabuły?  Nie wiecie? To sięgnijcie po „Harbinger Down”.

Historia tego filmu sięga roku 2010. Wtedy wytwórnia Universal zamówiła w studiu należącym do magika efektów specjalnych Aleca Gillisa (m.in. „Tremors”, „Mars Atakuje”, „Wilk”, Oscar za „Ze śmiercią jej do twarzy”) efekty do prequela klasycznego horroru Johna Carpentera „Coś”. Kiedy panowie skończyli pracę, studio uznało, że czasy analogowych efektów odeszły w zapomnienie i zastąpiło całość Gillisa efektami komputerowymi. Wściekły Gillis zabrał wszystkie swoje projekty i uznał, że sam nakręci film. Pięć lat zajęło mu przygotowywanie go. A teraz jest. Jeden z nielicznych – jeśli nie jedyny – współczesny horror, w którym efekty zrealizowane są dokładnie taką samą techniką jak robiono jest w latach 80.

„Harbinger Down” to hołd dla lat 80. nie tylko w warstwie wizualnej. Cały film to ukłon dla arcydzieła Carpentera jakim jest „Coś” i klimatu dawnych filmów grozy.

„Harbinger Down” zresztą to hołd dla lat 80. nie tylko w warstwie wizualnej. Cały film to ukłon dla arcydzieła Carpentera i klimatu dawnych filmów grozy. Fabuła zresztą mocno inspirowana jest „Coś”. Oto załoga statku Harbringer wyławia na morzu gigantyczną, tajemniczą bryłę lodu. Na pokładzie okazuje się, że lód ukrywa w sobie dziwną zawartość, a nasi bohaterowie będą musieli stawić czoła zmiennokształtnemu potworowi nie z tego świata. W filmie Gillisa wszystko jest celowo przerysowane i specjalnie nawiązuje do dawnych czasów. Rosjanie są źli i zachowują tak jakby trwała zimna wojna, czarnoskóry bohater kończy zupełnie inaczej niż w dzisiejszych horrorach, kapsuła którą znaleźli bohaterowie pochodzi z roku 1982 (popatrzcie kiedy premierę miało „Coś”),  zaś marynarze przerzucają się seksistowskimi tekstami rodem z groszowych powieści, czy filmów klasy „Z”. No i wreszcie potwory. To co zrobił Gillis oszołamia swoją pozorną prostotą. Niby monstra są zwyczajne, ale wszystko w nich to ukłon dla dawnych monstrów, zrealizowany z niezwykłą wręcz czułością i dbałością o detal.

W zalewie produkcji które składają hołd latom 80. „Harbinger Down” jest filmem szczególnym. On bowiem nie tylko kłania się dawnej epoce, ale wygląda tak jakby był zagubionym arcydziełem z 1982 roku. Filmem, który powstał równocześnie z „Coś”, tylko świat o nim zapomniał. Jak dla mnie retro petarda, którą trzeba oglądać na wielkim ekranie (szczegóły niebawem).

WAB
Poprzedni

Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi - w krainie podłych ludzi [recenzja] [książka]

Interscope
Następny

Compton - Doktor wiecznie młody [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz