KINO / DVD 

Hardcore Henry – gra w kinie [recenzja]

Filmowe wydarzenie festiwalu w Toronto, czyli „Hardcore Henry” pierwszy film akcji, którego bohaterem jest widz. Ale czy widzowie to docenia? Śmiem wątpić.

Kiedy w 2015 roku „Hardcore Henry” debiutował na festiwalu w Toronto media okrzyknęły go wydarzeniem i największym filmowym novum od lat, zaś dystrybutorzy zaczęli się o ten film regularnie bić. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady – trzy wielkie studia licytowały się jak szalone, byle tylko dostać ten film. Najoryginalniejszy film akcji od lat. A czy rzeczywiście jest tak oryginalny? Czy perspektywa pierwszoosobowa to nowość w kinie? Nic bardziej mylnego.

W roku 1947 Robert Montgomery wpadł na iście diabelski pomysł. Otóż uznał on, że nakręci adaptację „Pani z jeziora” Chandlera, w całości z perspektywy głównego bohatera. Czyli Philipa Marlowe’a (w którego zresztą wcielił się Montgomery) widzimy tylko w odbiciach luster, szybach wystawowych itp. Montgomery uważał, że opowiadanie historii z perspektywy bohatera najlepiej odda pierwszoosobową narrację powieści. Film przyjęto chłodno i zapewne przez to nikt przez wiele lat nie podejmował się tego typu eksperymentów. Kolejną hollywoodzką próbą zmierzenia się z perspektywą pierwszoosobową był wyprodukowany w 2012 roku przez Alexandre Aja wyprodukował remake horroru „Maniac”. Tam Elijah Wood wcielał się w seryjnego mordercę a my obserwowaliśmy świat z jego perspektywy. Wciąż jednak widać było bohatera w odbiciach itp.

Na tym tle „Hardcore Henry’ego” wyróżnia fakt, iż twarzy bohatera (poza finałem) nie widzimy. Wszystko zrobione jest tu tak, aby wydawało nam się, że to my – widzowie bierzemy udział w akcji. Ta zaś skomplikowana nie jest.

Tytułowy Henry budzi się pewnego dnia w tajemniczym laboratorium. Piękna kobieta mówi mu, że jest jego żoną, on zaś żołnierzem, który zginał. Ona przywróciła go do życia, zastępując zniszczone części ciała cybernetycznymi. Pół człowiek – pół robot. RoboHenry. Zanim żonie udaje się podłączyć Henry’emu dekoder głosu, laboratorium atakują terroryści dowodzeni przez demonicznego, obdarzonego nadludzkimi mocami Akana. Henry wraz z żoną ucieka, ale niebawem kobietę i tak uprowadzają złoczyńcy. Pozbawiony mowy i pamięci Henry (czyli my) ma kilka godzin na uratowanie ukochanej.

„Hardcore Henry” zaczyna się kapitalnie. Wprowadzenie w świat Henry’ego jest świetne, Moskwa (film powstał w koprodukcji amerykańsko-rosyjskiej) wygląda nieziemsko, jak metropolia rodem z filmu SF, a napotkany po drodze szalony Jimmy zdaje się być postacią, co najmniej sympatyczną. Pech chce, że twórcom „Hardcore…” energii i pomysłów wystarczyło na kwadrans. Po jego upływie zaczyna się oglądanie regularnej gry komputerowej. Henry skacze, zabija, kopie, przewraca się. Zmienia lokalizacje (oczywiście trafia do burdelu), szuka złych, a widz przygląda się temu zastanawiając się – czy tu wydarzy się coś jeszcze? Otóż nie. Do końca migać przed oczyma będą nam kolorowe obrazki i kolejne wybuchy. Co w efekcie zaczyna nużyć, bo ileż można oglądać grę komputerową, nie mogąc w nią zagrać.

Od dłuższego czasu zastanawiam się – dla kogo powstał ten film. Fani gier będą zirytowani długim wprowadzeniem, po którym nie można grać. Wielbiciele kina akcji? Problem polega na tym, że aby wciągnąć się w fabułę potrzeba choćby śladu fabuły. Tu mamy tylko zbiór kolejnych poziomów gry, które przechodzi za nas Henry. Owszem są tu świetne żarty i widać, że twórcy „Hardcore…” uwielbiają dylogię „Adernalina”, ale to wciąż za mało, aby uznać to coś za film. Ot intrygujące dziwadełko, które może zachwycić wybranych, ale niestety może też śmiertelnie znudzić.

Warner Bros
Poprzedni

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości – nuda w trykotach [recenzja]

Imperial CinePix
Następny

Smętarz dla zwierzaków - koszmarne zmartwychwstanie [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz