KINO / DVD 

He Never Died – zagadkowy, nadnaturalny thriller [recenzja]

Film „He never died” z Henry Rollinsem w roli głównej jest tak samo mocny i bezkompromisowy jak jego muzyka. I chociaż fabularnie niezbyt trzyma się kupy, to i tak pozostawia w widza w stanie niepokoju, w który potrafią wprowadzić jedynie nietuzinkowe dzieła.

Z posiwiałymi włosami, Henry Rollins powoli zaczyna przypominać po prostu starszego faceta, a nie muskularnego, wydzierającego się na koncertach intelektualistę. W „He never died”, jak sugeruje sam tytuł, jest  dosyć wyjątkowym starszym facetem. Jack to mrukliwy, samotny  introwertyk, który chce tylko jednego –  by wszyscy dali mu święty spokój. Jego dni wypełniają  te same rytuały: stołowanie się  w pospolitej restauracji, gra w bingo i jeszcze odbiór od dilera czarnorynkowego, przez długi czas niezidentyfikowanego produktu. Są jeszcze odgłosy, koszmarne odgłosy koszmarnych wydarzeń, które chwilami dane jest nam usłyszeć, a które najprawdopodobniej rozbrzmiewają bez przerwy w głowie bohatera. Jęki i krzyki, strzały i świsty mieczy, chóralne zaśpiewy i stukania, jakby wewnątrz Jacka dokonywała się dźwiękowa apokalipsa – normalny człowiek z pewnością by zwariował. Cóż, Jack nie jest normalnym człowiekiem, choć jako taki cały czas stara się zachowywać. Niestety, nieodmiennie przyciąga kłopoty, przyciąga zło.

Jack, bohater „He never died” nie jest normalnym człowiekiem, choć jako taki cały czas stara się zachowywać. Niestety, nieodmiennie przyciąga kłopoty, przyciąga zło.

Kim jest ? Czy to jakiś emerytowany anioł, o czym mogą świadczyć  tajemnicze blizny na plecach, czy też może uciekający od grozy Piekła demon? Nie mamy wyjścia, od razu idealizujemy jego postać, czując,  że to ktoś niezwykły, choć wygląda po prostu na zmęczonego życiem twardziela, który uciekł od przeszłości, pożegnał się z  dawnym życiem, z dawnymi czasami. Niestety, te dawne czasy nagle się o niego upominają. Po pierwsze,  przyjeżdża do niego wchodząca w dorosłość córka, z którą zresztą spotka się pierwszy raz w życiu. Po drugie, nachodzą go nieustannie jacyś upierdliwi gangsterzy. Połączmy te dwa wątki i mamy gotowy materiał na fabułę. Wrzućmy jeszcze całą tę nadprzyrodzoną otoczkę i robi się z tego mroczny, metafizyczny kryminał. Szyty trochę grubymi nićmi co prawda, ale dzięki wykonawcy głównej roli oraz brudnej, miejskiej scenografii i przywołanej wyżej, upiornej ścieżce dźwiękowej, bezwiednie ulegamy jego klimatowi. I o dziwo, ów klimat, ów nastrój filmowej opowieści nie jest wcale przez cały czas przytłaczający. Dzięki stoickiej postawie Jacka, który z obojętnością przyjmuje ciosy i z obojętnością rozdaje je zdezorientowanym oprychom, co i rusz parskamy śmiechem. Nerwowym co prawda, ale śmiechem.

Dziwny to film. Z dziwną, niespecjalnie satysfakcjonującą intrygą i rozwiązaniem zagadki tożsamości  bohatera też jakby od czapy.  Przekonuje za to wizja ponurego, zwyczajnego świata, w którym nagle zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. W jakiś sposób wierzymy tej wizji, bo wiarygodny jest jej główny bohater. Przez cały seans miałem wrażenie, że oglądam zaadaptowaną, komiksową historię z „Hellblazera”, zabrakło jedynie jej ikonicznej postaci, Johna Constantine’a. A tak, to całkiem dobry trop. „Hellblazer” wciąż nie doczekał się ekranizacji, która –  z całym szacunkiem dla Matta Ryana, świetnego wykonawcy serialowej roli –  oddałaby ducha komiksowego oryginału. W tych dotychczasowych zawsze czegoś brakowało, czegoś wykraczającego poza widowiskowe efekty specjalne, czegoś na najprostszym poziomie Tak, chodzi po prostu o klimat opowieści, tylko i wyłącznie o jej klimat. I właśnie w ten nieoczekiwany sposób, dzięki „He never died” doczekaliśmy się dobrej adaptacji „Constantine’a” bez Constantine’a. Cóż, tak bywa, ale jest przecież w zamian Henry Rollins, w swojej najlepszej filmowej roli. Plus jeszcze jedna postać –  niewysoki, niepokojący człowieczek, jakby  żywcem wyjęty z filmów Lyncha, który prześladuje bohatera swoją obecnością i cynicznym spojrzeniem. Może to Bóg, może diabeł, a może po prostu stary pijak, cholera wie. Jedno jest pewne, nie chcielibyśmy kogoś takiego spotkać na swojej drodze.

BBC
Poprzedni

Sherlock i Upiorna panna młoda - Holmes niepotrzebny [recenzja]

Egmont
Następny

Star Wars Komiks 2/2015: Darth Vader i jego wojna z Rebelią - solidny akcyjniak [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz