KINO / DVD 

Howl – wilkołaki kontra pociąg [recenzja]

Drugi film speca od efektów specjalnych Paula Hyetta, który pracował przy takich produkcjach jak „Zejście”, „Demony DaVinci”, „Kobieta w czerni” czy „Tożsamość”.
To co robi w „Howl” największe wrażenie to prostota konstrukcji i to jak błyskotliwie Hyett wykorzystuje stare horrorowe chwyty, by nastraszyć widza.

Konduktor Joe miał nadzieję, że szefostwo w końcu awansuje go na kierownika pociągu i zacznie ciut lepiej zarabiać. Ci jednak uznali, że kierownikiem powinien zostać, ktoś bardziej bezczelny i pewny siebie. Awansują zatem kolegę Joego, który jeszcze tego samego wieczora wysyła naszego bohatera na dodatkowy kurs, z którego ma nie wracać bez mandatów. Wkurzony i sfrustrowany konduktor wsiada do podmiejskiego pociągu. Trasa jak zawsze – kilka miejscowości pod Londynem. Półtora godziny podróży i powrót do domu. Pech chce, że akurat tej nocy jest pełnia, a gdy pod koła pociągu wpadnie wielki jeleń, nasz bohater i pasażerowie zostaną uwięzieni na angielskiej prowincji. A dookoła pociągu zaczynają krążyć dziwne stwory… Wyją do księżyca, mają wielkie zęby, a ich intencje nie są pokojowe…

Ten film nie powstałby, gdyby nie ogromna pomoc Neila Marshalla. Twórca „Zejścia” a ostatnio etatowy reżyser „Gry o tron” pomógł swojemu przyjacielowi zebrać budżet i poprawił scenariusz, tak aby prosta opowieść o wilkołakach atakujących pociąg nie stoczyła się w niebezpieczne rejestry kiczu, jaki znamy choćby z „Wężów w samolocie”.  Pomoc bezsprzecznie cenna, ale sam Hyett  (to jego drugi film) napracował się na planach filmowych i doskonale wie jak konstruuje się opowieści grozy, i to tu widać.

„Howl” zaczyna się od klasycznego wprowadzenia bohaterów. Mamy zatem sfrustrowanego konduktora, piękną hostessę, będącą jego obiektem uczuć, pyskatą małolatę, cwaniaka, kolesia z przeszłością, parę staruszków, bizneswoman itp. Ta kompletnie niedopasowana do siebie grupka będzie musiała przeżyć do rana. Dodatkowo Hyett bardzo ładnie ogrywa tu angielską prowincję, a miejsce, w którym utknął pociąg wygląda jakby żywcem wyrwane zostało z „Dróżnika” Karola Dickensa. Tyle że nawiedzone przez krwiożercze stwory. Swoją drogą – widać, że spec od efektów pracował nad wizualizacją wilkołaków, bo wyglądają świeżo (inaczej niż w większości filmów) i profesjonalnie.

To co robi w „Howl” największe wrażenie to prostota konstrukcji i to jak błyskotliwie Hyett wykorzystuje stare horrorowe chwyty, by nastraszyć widza. Niby wiemy, co zaraz się zdarzy, ale przez to, że „Howl” nie udaje niczego więcej poza byciem sprawnym horrorem, za każdym razem dajemy się na owe chwyty złapać. Nie, to nie jest najlepszy horror świata. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu pełen szczeniackiej energii, dzięki czemu w każdej scenie widać, że ekipa świetnie się bawiła na planie. Widzowie również.

pop-culture-characters-additions-thrift-store-paintings-dave-pollot-03
Poprzedni

Popkultura w tanim malarstwie [galeria]

Otwarte
Następny

Złe psy: po ciemnej stronie mocy - literacki Pitbull [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz