KINO / DVD 

Hush – śmiertelny pojedynek w ciszy [recenzja]

W „Hush” reżyser Mike Flanagan zabiera nas w filmową podróż utartym szlakiem kameralnych thrillerów, jednak wcale nie przeszkadza to w czerpaniu z seansu sporej dozy przyjemności.
W „Hush” twórcy na tyle umiejętnie poukładali fabularne klocki, że w pewnym momencie tracimy pewność co do szczęśliwego finału.

Tego rodzaju pojedynki – w filmach, bo przecież nie w rzeczywistości – mają z góry ustalony finał. W „Hush” mamy odwołanie do bogatej tradycji obrazów, w których skazywana z góry na porażkę ofiara podejmuje nierówną walkę z psychopatycznym zabójcą. Aby jeszcze bardziej podkręcić emocje i napięcie, twórcy potrafią sprowadzić szanse ofiary niemal do zera, przykładowo obarczając ją jakąs formą fizycznej niepełnosprawności. Ot choćby w klasycznym „Doczekać zmroku”, grająca niewidomą Susy Audrey Hepburn podejmowała walkę z trójką bandytów pragnących odzyskać z jej domu pewien cenny przedmiot. Rzecz jasna tym bardziej kibicujemy takiej, postawionej także przez swą ułomność w krańcowej sytuacji bohaterce, nie wyobrażając sobie innego niż pozytywne zakończenie. I trzeba przyznać, że w „Hush” twórcy na tyle umiejętnie poukładali fabularne klocki, że w pewnym momencie tracimy pewność co do szczęśliwego finału.

Do obejrzenia „Hush” na Netflixie zachęca ogólna ocena widzów – cztery gwiazdki na pięć możliwych. Zachęca również dająca się skrócić do czterech słów fabuła – głuchoniema kobieta kontra psychopata. Na pierwszy rzut oka to zestawienie z jednej strony wydaje się nieco wydumane, ale też obiecuje emocjonujący pojedynek, zwłaszcza w warstwie formalnej. Własnie tego trochę szkoda w „Hush” – twórcy nie zdecydowali się jeszcze głębiej wejść w sposób funkcjonowania bohaterki w bezdźwięcznym przecież dla niej świecie. Cóż, Flanagan nie jest następcą Alfreda Hitchcocka, chociaż widać, także po jego innych filmach, że bardzo pilnie studiuje dzieła wielkiego mistrza i kilka lekcji z nich wyciągnął. Rezygnuje z psychologizowania, rezygnuje z dłuższego wprowadzenia w fabułę, zawierzając przede wszystkim czystej akcji i ogólnej filmowości konceptu. W tym momencie przeciw „Hush” bardzo łatwo wytoczyć ciężkie działa – choćby takie, że razi nielogicznościami, przede wsystkim w działaniach bohaterów. Stara śpiewka – bo czy bardziej mamy dostosować scenariusz do rzeczywistości, czy raczej sprawić, że ma być po prostu bardziej filmowy? W „Hush” po prostu chodzi o to drugie. I dobrze.
Pierwsze dziesięć minut to bardzo szybkie wprowadzenie służące przede wszystkim charakterystyce głównej bohaterki. Maddie to mieszkająca w lesie na odludziu kobieta, która w wieku trzynastu lat po zapaleniu opon mózgowych straciła mowę i słuch. Wyczuwa jedynie silne wibracje, co jest bardzo cenną informacją na początku opowieści. Maddie jest także pisarką, co w efekcie okazuje się jeszcze ważniejsze – kiedy wyczerpie już wszystkie możliwości skutecznej konfrontacji z psychopatą, jej ostatnim orężem pozostanie pisarska dyscyplina i wyobraźnia. Zaś sam psychopata jest w jakiejś mierze zaskakujący, anonimowy, trochę jakby wyjęty z „Funny Games” – kiedy orientuje się, że ma do czynienia z osobą upośledzoną fizycznie, zaczyna mu przede wszystkim zależeć na śmiertelnej zabawie z przypadkową ofiarą.

W pierwszej części filmu złoczyńca nosi na twarzy charakterystyczną maskę i kiedy się jej pozbywa emocje trochę opadają, ale trzeba uszanować ten zabieg. W efekcie nie dostaniemy pojedynku bohaterki z upersonifikowanym, wcielonym złem, tylko konfrontację dwóch rożnych osobowości, przy czym okazuje się to równie atrakcyjnie filmowo, co konfrontacje z klasycznych horrorów w rodzaju „Halloween”, czy „Piątek trzynastego”. No i najważniejsza jest tu przemiana, którą ostatecznie przechodzi bohaterka, zastępując początkowe przerażenie i bezradność determinacją. Taką ewolucję wiodącej postaci widzieliśmy kiedyś w serii „Obcy”, niedawno w „Cloverfield Lane 10”, a teraz mamy okazję w „Hush”. Tylko czy rzeczywiście głuchoniema kobieta ma szansę w starciu z psychopatą? W „Doczekać zmroku” możliwość wyrównanej walki sugerował tytuł. Czy cisza również może okazać się skutecznym sprzymierzeńcem? Warto się o tym przekonać podczas seansu tego naprawdę niezłego thrillera.

druzyna_6_nieznany_lad
Poprzedni

Drużyna #6: Nieznany ląd - zaskakująco wysokie loty młodych Skandian [recenzja]

ponura dryzyna miecz polnocy
Następny

Ponura Drużyna t. 2: Miecz północy - Luke Scull [patronat]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz