KINO / DVD 

Imperium robotów. Bunt człowieka – science fiction dla nastolatków [recenzja]

Filmy takie jak „Niezgodna” i „Zbuntowana”, czy cała seria „Igrzysk śmierci” robią prawdziwą furorę w Hollywood. Brytyjczycy stworzyli zatem swoją odpowiedź na młodzieżowe kino science-fiction. Brak jej jednak tego samego rozmachu i efektowności, ale i polotu, którymi odznaczają się amerykańskie produkcje.

W niedalekiej przyszłości maszyny przybywają na Ziemię i ją kolonizują. Ludzie pod groźbą śmierci są zmuszeni do nieopuszczania swoich domów. Niektórzy zdecydowali się na kolaborację z robotami i sami występują przeciwko swojej rasie. Grupka dzieciaków odkrywa jednak, jak przechytrzyć mechanicznego okupanta i tym samym jest w stanie wyruszyć na ulice miasta, aby odnaleźć ojca jednego z bohaterów.

„Imperium robotów. Bunt człowieka” poprzez brak spektakularności, ale i niedopracowany scenariusz, który przypomina bardziej zarys fabuły niż skończone dzieło, nie może mierzyć się z podobnymi sobie obrazami.

Efektom specjalnym zastosowanym w „Imperium robotów” daleko do tego, co mogliśmy podziwiać na ekranie w którejkolwiek odsłonie „Transformerów” Michaela Baya. Niski budżet nie był w stanie zapewnić widzom spektakularnego widowiska, ale przecież w kinie nie tylko wizualne fajerwerki mają wartość. Choć fabularnie obraz Jona Wrighta nie jest zły, to nie można mówić o wyzbyciu się pewnych naiwności i momentach, gdzie w scenariuszu pojawiają się niedociągnięcia. Wiele aspektów pozostaje niedopowiedzianych – nie wiemy, jak roboty znalazły się na naszej planecie, jak wszczepiły ludziom urządzenia, dzięki którym ich kontrolują, nieznane też są do końca ich zamiary wobec nas.

Mimo że ludzie kryją się po domach, a ulicami kroczą roboty, które nie zawahają się od wypalenia z działa w przypadkowego człowieka (dziw, że ludzkości nawet przez głowę nie przeszła myśl o rebelii), to młodzieżowym bohaterom dopisuje humor. To właśnie dowcip jest najpotężniejszą bronią „Imperium robotów”. Młodzi protagoniści to zgrana drużyna, wyczuwalna jest między nimi chemia, a Nathan, grany przez Jamesa Tarpey’a, doskonale wie, czym jest trafny żart i ironia. Jednak główne skrzypce gra tu Callan McAuliffe, jako przypadkowy wyzwoliciel ludzkości, Sean Flynn. Postaci, którą wykreował aktor, nie brak charyzmy i czaru, a do tego przystojnej aparycji, dzięki której nastolatki otrzymują nowy obiekt westchnień.

Nieco gorzej radzi sobie dorosła i bardziej doświadczona część obsady – Ben Kingsley i Gillian Anderson. To artyści wielkiego formatu, którzy jednak nie mają tu miejsca na zbudowanie swoich ról. Powstaje pytanie, czy skomplikowane psychologicznie kreacje byłyby w ogóle potrzebne w tym lekkim filmie, nadającym się raczej do obejrzenia razem z rodziną przy okazji niedzielnego popołudnia?

„Imperium robotów. Bunt człowieka” poprzez stawianie na brak spektakularności, ale i przez niedopracowany scenariusz, który przypomina bardziej zarys fabuły niż skończone dzieło, nie może mierzyć się z podobnymi sobie obrazami. To lekka rozrywka, która może dostarczyć nieco frajdy, ale ginie w morzu dużo bardziej przemyślanych filmów spod znaku młodzieżowego Sci-Fi. Maszyny powrócą – to pewne – w końcu „roboty nigdy nie kłamią”, ale następnym razem mogłyby się bardziej postarać.

ŹRÓDŁO: ONET

Logan Pictures
Poprzedni

O dziewczynie, która wraca sama nocą do domu - irańskie spojrzenie na popkulturę [recenzja]

Kino Świat
Następny

Eskorta - Dziki Zachód okiem kobiet [recenzja]

Robert Skowroński

Robert Skowroński

Współpracownik Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz