KINO / DVD 

Jestem zemstą – Travolta strzelający [recenzja]

W ostatnich latach niebywałą popularnością cieszą się filmy sensacyjne o mszczących się za krzywdy facetach. Do Liama Neesona, Keanu Reavesa i Denzela Washingtona dołączył właśnie John Travolta.

Reżyserem „Jestem zemstą” jest Chuck Russell – człowiek, który w latach 80. był etatowym twórcą rasowego kina klasy „B”. To on nakręcił „Wojowników snów”, czyli trzecią odsłonę „Koszmaru z ulicy Wiązów”, remake „The Blob” czy wyprodukował słynną „Ucieczkę w sen”. Lata 90. rozpoczął z przytupem od przebojowej „Maski”, ale potem coś złego stało się z jego karierą w efekcie, czego stoczył się do reżyserskiej trzeciej ligi. Nie oszukujmy się – „Jestem zemstą” nie jest powrotem, ale za to jest to pierwszy od dawna film Russella, w którym czuje się anarchistyczną energię kina lat 80.

Fabuła jest prosta. Stanley (John Travolta) to miły facet, który ma śliczną żonę i spokojną pracę. Pewnego dnia na niego i żonę napada grupa degeneratów. On zbiera tęgie lanie, ona ginie pchnięta nożem. Policja, jak to policja – umarza sprawę. Nieszczęśni nie wiedzieli o jednej, małej acz niebywale istotnej rzeczy. Otóż Stanley nie jest tym, kim się wydaje. Dawno temu nie prowadził spokojnego, rodzinnego życia, a był specjalnym agentem CIA. Wspólnie z przyjacielem, również byłym agentem, wyruszy on na wojnę z gangami zostawiając za sobą sterty trupów.

W sumie to zaczyna mi być odrobinę żal tych wszystkich bandytów i terrorystów, którzy nie wiedzą, z kim zadzierają. Od kilku dobrych lat, bowiem non stop trafiają a to na byłych agentów, a to na emerytowanych płatnych zabójców. Tak jest i tym razem. To co wyróżnia „Jestem zemstą” od innych produkcji tego typu, to solidne aktorstwo (duet Travolta-Meloni) i niepoprawne politycznie żarty. Russell nie próbuje nawet na chwilę wmawiać nam, że kręci film ważny. „Jestem zemstą” to czysta rozwałka rodem z lat 80. gdzie logika ustępuje pod artyleryjskim ostrzałem. Gangsterzy są głupi, policjanci sprzedajni, politycy źli. Proste, niewymagające myślenia, ale też i dobrze zrealizowane kino akcji. Nie tak świeże jak choćby „John Wick” czy pierwsza „Uprowadzona”, ale wstydu nie ma. A i Travolta po sześćdziesiątce radzi sobie ze zbirami całkiem żwawo.

 

Thunderbolts
Poprzedni

Thunderbolts #1: Bez pardonu - Bez ikry [recenzja]

Ursula K Le Guin
Następny

Książkowe polecenia od Ursuli Le Guin

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz