KINO / DVD 

Joy – rodzinny dreszczowiec o mopach, telezakupach i telenowelach [recenzja]

Nowy film Davida O. Russella z jego ulubionymi aktorami, to kolejna, słodko-gorzka opowieść o amerykańskim śnie. A także, zgodnie z tytułem, obraz o radości. I owszem, tak ma na imię główna bohaterka, ale chodzi tu również o prostą radość z robienia w życiu tego, w czym jest się naprawdę dobrym.
W „Joy” udało się coś wyjątkowego – wieloosobowy portret rodziny z całą pewnością dysfunkcyjnej, w której żadna z postaci, mimo wyraźnie zarysowanych wad, nie traci naszej sympatii.

Problem w tym, że świat wokół Joy, zapełniony jej bliskimi  w różnym wieku, absolutnie nie pozwala robić tej wciąż młodej kobiecie tego,  w czym by się spełniała. Matka bohaterki spędza całe dnie w łóżku, bez przerwy oglądając telewizyjne telenowele. Były mąż, zresztą całkiem sympatyczny facet, z którym Joy rozwiodła się dwa lata temu, wciąż mieszka w jej rodzinnym domu, okupując piwnicę. Ojciec… no tak, ojca gra Robert De Niro, który ponownie w filmie Roussella ma okazję do zagrania wartościowej roli. Jego bohater, Rudy, to niezwykle uczuciowy mężczyzna, którego właśnie odtransportowała do rodzinnego domu, mająca już dość ich wspólnego życia, aktualna pani jego serca. Jako że Joy ma trójkę dzieci i w domu brakuje miejsca, wybuchowy Rudy zamieszka w piwnicy z byłym zięciem. Przy tych wszystkich faktach, określenie filmu mianem rodzinnego dreszczowca nie jest chyba wcale na wyrost, prawda? Na szczęście Joy ma jeszcze babcię, jedyną osobę z tej całej gromadki, która umie jako tako o siebie zadbać, i która wierzy w talent wnuczki, wierzy w jej wielką  przyszłość, kibicuje i pomaga w walce z prozą życia.

W środku tego wszystkiego jest bohaterka o pięknej, acz zmęczonej twarzy Jennifer Lawrence, która przez lata, z pokorą znosi to, czym obarczają ją bliscy. Nie żali się, nie narzeka, jest po prostu zmęczona utrzymaniem w kupie tego całego, rodzinnego cyrku. Pod tym względem film Russella cały czas nie przekracza cienkiej granicy, za którą w jakimś innym, pokrewnym obrazie czaiłby się ponury dramat. Udało się tu coś wyjątkowego – wieloosobowy portret rodziny z całą pewnością dysfunkcyjnej, w której żadna z postaci, mimo wyraźnie zarysowanych wad, nie traci naszej sympatii. Po prostu mamy tu życie, normalne życie z jego codziennymi wadami i zaletami, a przy tym jest to nakręcone i zmontowane w taki sposób, że wciąga bez reszty. Film jest narracyjnie zwarty, bez dłużyzn, momentami, także dzięki świetnej ścieżce dźwiękowej, aż kipi energią, która udziela się również widzowi. Dlatego też można wybaczyć obecne w nim fabularne uproszczenia i klisze, bo przecież któryś już raz oglądamy na ekranie podobny zestaw bohaterów (widziany choćby w innym filmie reżysera, w „Poradniku pozytywnego myślenia”)?

Po nie za długiej,  przejrzystej ekspozycji, w której zapoznajemy się z najważniejszymi postaciami, fabuła wskakuje na właściwe tory i angażuje emocjonalnie już do końca. W dużej części zapewne dlatego, że opowiada prawdziwą, choć oczywiście przefiltrowaną, podrasowaną odpowiednio przez Hollywood historię. Joy Mangano to rzeczywista postać. Naprawdę zaprojektowała wyjątkowego mopa ( jego design narodził  się w głowie Joy tuż po zakończonej rozbijaniem różnych przedmiotów, rodzinnej awanturze), po czym  rozpoczęła produkcję i długo próbowała z zyskiem sprzedać towar.  W filmie możemy zobaczyć, że był to tak naprawdę dopiero początek drogi bohaterki przez mękę (przypomina się tu podobna, prawdziwa postać, także z filmową biografią – Erin Brockovich).

W tej drodze bliscy w równym stopniu pomagali Joy, co przeszkadzali. Przeżywała nagłe wzloty i upadki, była na skraju załamania nerwowego i bankructwa, ale nie przestawała walczyć o swoje. Dawno nie oglądałem filmu, który daje tak porządnego,  pozytywnego kopa i jednocześnie przynosi świadomość, że nie oglądamy wcale typowej, hollywoodzkiej bajeczki. To raczej coś pomiędzy oglądanymi przez matkę bohaterki i jakże ważnymi dla fabuły, pokomplikowanymi fabularnie telenowelami, a hollywoodzką historią o amerykańskim śnie, z tymże okupionym frustracjami (ale i radościami) codziennego życia. Russell w jakiś karkołomny sposób wpasował fabułę między takie widełki, po raz kolejny udowadniając, że życie pisze najlepsze scenariusze. Dzięki głównej bohaterce, spajającej całą rodzinę i jej dalszy krąg (świetny występ Isabelli Roselinni w roli Trudy, nowej ukochanej tatusia), dostaliśmy prostą historię o tym, że nie wolno tracić wiary w siebie i nadziei na lepszą przyszłość. Jeśli tylko będziemy wystarczająco zdeterminowani, zawsze jesteśmy w stanie zmienić nasze życie i to niekoniecznie porzucając dotychczasową, graną w nim rolę.

Wakaliwood
Poprzedni

Afrykańscy "Niezniszczalni", czyli Wakaliwood atakuje!

A24
Następny

The End of the Tour - filmowe arcydzieło [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz