KINO / DVD 

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów – rozmyty konflikt [recenzja]

„Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” bardziej niż tytułowym konfliktem, cieszy premierowymi dla Marvel Cinematic Universe występami kolejnych superbohaterów.
W „Wojnie bohaterów” zabrakło jakiegoś mocnego, przełomowego akcentu, który sprawiłby, że zapamiętamy ten film na długo.

Na dzień przed premierowym pokazem odświeżyłem sobie  poprzednią odsłonę filmowej serii z Kapitanem Ameryką w tytule, ale także sam komiks, z którego wzięto główny pomysł na fabułę nowego filmu, czyli „Wojnę domową”. Okazuje się, że  lepiej było sobie odświeżyć sobie „Erę Ultrona” i może przypomnieć komiksowego „Zimowego Żołnierza”, bo nowy „Kapitan Ameryka” w większym stopniu stanowi wypadkową wydarzeń tych właśnie dzieł. Oczywiście już po trailerach było wiadomym, że w „Wojnie bohaterów” wątek Bucky Barnesa będzie niezwykle istotny, ale nie spodziewałem się, że konflikty o charakterze osobistym tak mocno przysłonią w filmie ten, który bazował na ideologii.

Początek seansu jeszcze nic takiego nie zapowiada. Po intrygującym, krótkim prologu, w którym dostajemy reminiscencje z udziałem Zimowego Żołnierza, następuje energetyczne wprowadzenie z częścią ekipy Avengers w akcji. Niestety ich interwencja, mimo że udana, niesie za sobą, podobnie jak w wielu innych przypadkach, ofiary wśród cywili. Dla władz oznacza to, że miarka się przebrała i nadszedł czas, aby wziąć Avengers pod międzynarodową kuratelę. Odtąd decyzje o  zasadności wszelkich działań prewencyjnych w wykonaniu superbohaterów mają być podejmowane przez zwierzchników z Narodów Zjednoczonych. A co an to sami zainteresowani? Jak już dobrze wiemy, Iron Man w osobie Tony’ego Starka jest za. Przeciw takiemu rozwiązaniu opowiada się Kapitan Ameryka, który widzi w tym realne zagrożenie – przecież te decyzje będą podejmować ludzie z kręgu władz, którzy mogą mieć jakieś ukryte cele. A zatem coś za coś. Weryfikacja działań i bezpieczeństwo cywili z jednej strony, z drugiej wątpliwości co do moralnej klarowności mocodawców.

Konflikt ideologiczny był główną podstawą „Wojny domowej”, na dodatek nawet prostszy w założeniach – rozchodziło się o kwestię rejestracji wszystkich superbohaterów, a tym samym ujawnienie ich prawdziwych tożsamości (co równało się zagrożeniu dla bliskich im osób). W komiksie również – co mogło w zasadzie zaskakiwać – przeciw temu rozwiązaniu, które równało się przejściu herosów pod kuratelę państwa stawał, ceniący wolnościowe ideały Kapitan Ameryka. Prowadziło to do wydarzeń na wielką skalę, tytułowej „Wojny Domowej”, której ciężar był niezwykle odczuwalny dla komiksowego Uniwersum Marvela. To była naprawdę wojna, to było trwanie za wszelką cenę przy swoich ideałach, to była walka na śmierć i życie plus jej niespodziewany finał. Centralną postacią konfliktu był Kapitan Ameryka i to samo zapowiadał film, umieszczając przydomek superbohatera w tytule. Tymczasem „Wojna bohaterów” ani jest wojną, ani nie daje odczuć, że Kapitan Ameryka jest jej centralną postacią. To pierwsze to niestety wada, to drugie zaś – poprzez skupienie większej uwagi na ekipie  Avengers i reszcie superbohaterów – jest główną zaletą filmu braci Russo.

Zasugerowany w pierwszej partii filmu ideologiczny konflikt szybko zmienia swą naturę i staje się w kilku zbiegających się wątkach, konfliktem przede wszystkim osobistym. Rzecz jasna ta zmiana jest w stanie zapewnić emocje, ktoś by nawet pomyślał, że nawet większe, skupiające się mocniej na bohaterach i ich wewnętrznych przeżyciach, ale to nieprawda. Z chwilą, kiedy konflikt staje się sprawą osobistą (czyli Kapitan Ameryka rusza na pomoc podejrzanemu o spowodowanie spektakularnego zamachu Bucky’emu), scenarzyści musieli zacząć kombinować. Dlatego też pojawiają się kolejne pietra tej „wojny” bohaterów, kolejne osobiste animozje, no i nieprzekonujący, czarny charakter, ze znanym z komiksów Marvela nazwiskiem. Przez to wszystko słowo „wojna”  staje się rodzajem nadużycia, sprowadzając przedstawiany przez twórców konflikt do poziomu nieporozumienia. Daje się to odczuć w sekwencji bądź co bądź rewelacyjnie zaaranżowanej i sfilmowanej walki dwóch stron superbohaterskiego konfliktu, którą mimo że ogląda się znakomicie, to nie daje się odczuć stojącego za nią ciężaru konfliktu. No, może z wyjątkiem osoby debiutującego w filmowym uniwersum superbohatera, czyli Czarnej Pantery.

Bowiem debiuty (jeśli udział „Spider-Mana można określić mianem debiutu), są najjaśniejszym momentem filmu. Występy obu aktorów  – Chadwicka Bosemana jako Czarnej Pantery i Toma Hollanda w roli Spider-Mana (plus pewnej znanej aktorki w roli cioci May!) wywołują u widza największe emocje i uśmiech na ustach. Ten pierwszy przekonuje powagą i autentycznością napędzających go emocji, ten drugi rozbraja łobuzerskim urokiem oraz – tego przecież nie mogło zabraknąć – gadką podczas walk. Dołóżmy do tego jeszcze pełen humoru występ Ant-Mana, rozterki Scarlett Witch, mocne wejście Hawkeya i z pozoru nieludzkiego Visona i mamy to, co w tym filmie działa najlepiej. Najważniejsi bohaterowie, czyli Kapitan Ameryka i Iron Man (nota bene, Robert Downey Jr. wygląda już chyba na zmęczonego swą rolą),  nie spełniają niestety zapowiadanych w trailerach oczekiwań. Wszystko właśnie przez rozmycie tytułowego konfliktu, rozbicie go na kilka wątków, przez co z biegiem czasu zaczyna być coraz gorzej z dramaturgią filmu. Pod tym względem nie udało się przeskoczyć „Zimowego Żołnierza”, w którym wszystko grało i było na swoim miejscu, a warstwa rozrywkowa była świetnie zrównoważona z fabularną. W „Wojnie bohaterów” zabrakło także jakiegoś mocnego, przełomowego akcentu, który sprawiłby, że zapamiętamy ten film na długo.  Bez tego trudno odnieść wrażenie, że będzie miał on jakieś silniejsze reperkusje dla filmowego uniwersum Marvela. „Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów” ogląda się na pewno z dużą przyjemnością, ale po fabule można było oczekiwać jednak  więcej. Cóż, zatem do następnego razu.

Square Enix
Poprzedni

Rise of the Tomb Raider - legenda wiecznie żywa [recenzja]

misconduct-poster-lg
Następny

Misconduct - Hopkins i Pacino w przeciętnym thrillerze [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz