KINO / DVD 

Kill Command – perełka za bezcen [recenzja]

Wiadomo jak to jest z budżetami – wcale nie potrzeba wielkiej kasy, żeby zrobić dobre sci fi. Ale już dobre sci fi z olśniewającymi efektami? Wyprodukowany za milion funtów, debiutancki film nagrodzonego Emmy za efekty specjalne Stevena Gomeza i jego kilkunastoosobowego teamu speców od FX jest dobitnym przykładem, że jak najbardziej tak.
Efekty komputerowe to krótko mówiąc, najwyższa półka, a wisienką na torcie są dopracowane do najmniejszych szczegółów roboty.

Fabuła przenosi nas w nieodległą przyszłość, w której sterowane SI roboty wykorzystuje się do przeprowadzania symulacji bojowych dla oddziałów żołnierzy. Jeden z takich zespołów otrzymuje niespodziewany komunikat o konieczności stawienia się na manewry, do zlokalizowanej na wyspie placówki treningowej. Do ekipy dołącza również mająca własne zadanie Mills – pół android, pół człowiek, a przy tym naukowiec, która zaprojektowała oprogramowanie zarządzające machinami zagłady. Sprawy znacznie się skomplikują, kiedy już na miejscu okaże się, że roboty nie zachowują się tak jak powinny, a ściślej mówiąc – przejmują rolę agresorów. Osaczeni i zdezorientowani żołnierze muszą podjąć próbę wydostania się z wyspy. I żaden z nich nie ma pojęcia, po czyjej stronie tak naprawdę jest Mills…

Fabuła na pierwszy rzut oka nie należy do szczególnie odkrywczych. Filmów traktujących o buntującej się SI mieliśmy po „Terminatorze” cały wysyp i pod tym względem dzieło Brytyjczyków zwyczajnie powiela schematy. To jednak żaden zarzut, bo scenariusz jest o tyle dobrze pomyślany, że odkrywa karty stopniowo i w efekcie pozostaje uczucie, że niby wszystko już wiemy, a jednak gdzieś z tyłu głowy kołaczą nam się małe znaki zapytania. Napięcie rośnie wykładniczo z każdą minutą, a końcowe starcie jest już buzującym od adrenaliny momentem kulminacyjnym, jaki wiele letnich hitów mogłoby sobie wymarzyć. Żadnej więc w temacie rewolucji nie uświadczymy, ale i tak jest całkiem nieźle.

Historia to jedna strona medalu, osobną sprawą jest realizacja. W sieci można natknąć się na informacje, jakoby na potrzeby produkcji filmu nakręcono 1100 ujęć z CGI. To robi wrażenie, podobnie jak fakt, że w zespole produkcyjnym oddelegowanych do tego osób była ledwie  garstka, ale nijak nie oddaje technicznej maestrii z jaką mamy tu do czynienia. Efekty komputerowe to krótko mówiąc, najwyższa półka, a wisienką na torcie są same roboty, dopracowane do najmniejszych szczegółów, a przy tym nieprzesadzone. Chyba najwięcej inspiracji twórcy czerpali z dokonań Boston Dynamics – jakkolwiek by jednak było, efekt jest całkiem prawdopodobny do osiągnięcia w rzeczywistości, co w połączeniu ze swego rodzaju matematyczną bezdusznością maszyn, potrafi budzić autentyczną grozę.

Cała reszta jest również bez zarzutu. Kostiumy, design broni – wszystko to jest jak najbardziej wiarygodne. Jedyny element w którym można odczuć skromny budżet, to nieco pustawe miejsce akcji, choć Gomezowi udało się z tego fabularnie wybrnąć.

Dobrze wypada też obsada, którą jak na skromniutkie środki, udało się skompletować całkiem przyzwoitą. Co prawda żadnego z aktorów raczej nie skojarzymy w ciągu kilku sekund, ale już rzut oka w filmografie pokazuje, że amatorami nazwać ich też nie wypada. W roli Mills mamy Vanessę Kirby, która zdążyła się pokazać szerszej publice choćby w „Evereście”. Thure Lindhardt to z kolei „Anioły i Demony”. Można wymieniać tak dalej, ale najważniejsze jest, że czuć chemię między postaciami, a w zespół zaprawionych w bojach marines da się uwierzyć.

Stosunkowo mało znane twarze to zresztą dodatkowy plus w kwestii pewnej nieprzewidywalności materiału. Okej, tak czy inaczej można po pierwszych parunastu minutach filmu strzelić w ciemno która postać do końca seansu nie przetrwa i wiele się nie pomylić, ale wciąż nie jest tak łatwo jak w wielu blockbusterach.

„Kill Command” jest dokładnie tym, czym nie był najnowszy „Terminator” – angażującym, trzymającym w napięciu i całkiem inteligentnym science fiction. A jeśli dodać do tego przecudny efekt pracy grafików komputerowych – wychodzi rzecz, której fani gatunku po prostu nie mogą ominąć.

Alicja po drugiej stronie lustra
Poprzedni

Alicja po drugiej stronie lustra - Alicji zabawy z czasem [recenzja]

cube
Następny

13 doskonałych sci-fi, które mogłyby powstać w Polsce [ranking]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz