KINO / DVD 

Klucz do wieczności – B-klasowe kino akcji [recenzja]

„Klucz do wieczności” to jeden z tych filmów, na których można się po mocnym przymrużeniu oka całkiem nieźle bawić, jednakże po seansie dość szybko się o wszystkim zapomina. Tylko od widza zależy, czy to wystarczający powód, żeby wybrać się do kina.

Motyw poszukiwania sposobów na osiągnięcie nieśmiertelności jest z kinem od samego początku jego istnienia. Z tego prostego powodu, że pragnienie życia wiecznego towarzyszy ludzkości praktycznie od jej zarania, więc X Muza musiała posłużyć do snucia tak wymyślnych fantazji. Nie da się ukryć, iż filmowcy przerobili już tę kwestię na dziesiątki różnych sposobów, jednakże bracia Àlex i David Pastor, scenarzyści „Klucza do wieczności”, wymyślili dość intrygujący powód do ponownego wskrzeszenia tego wątku na ekranach kin. Wykorzystali mianowicie podstawowe założenia transhumanizmu oraz koncepcje z klasycznych produkcji science fiction, aby stworzyć futurystyczny świat, w którym pojawiła się możliwość przenoszenia ludzkiej świadomości z jednego ciała do drugiego. Wprawdzie w filmie technologia ta dopiero raczkuje i jest horrendalnie kosztowna, a przy okazji pozostawia pacjentów-śmiałków z wieloma skutkami ubocznymi, niemniej jednak istnieje i jest skuteczna. Pozwala chociażby granemu przez Sir Bena Kingsleya schorowanemu miliarderowi umieścić swój ciągle zdrowy i pracujący na wysokich obrotach umysł w wysportowanym i doskonale wyszkolonym w wojsku ciele Ryana Reynoldsa. Jak to często bywa z tego typu przełomowymi technologiami, których samo tylko istnienie podnosi setki etycznych i moralnych zagadnień, okazuje się, że nie wszystko jest takie piękne, jak mogłoby się wydawać. A nieśmiertelność wymaga naprawdę wielu ofiar i poświęceń.

Pełen dziur logicznych oraz naciąganych zwrotów akcji scenariusz jest najsłabszym elementem całości, sprawiając, że to, co mogłoby być fascynujące i zmuszające do refleksji, staje się jedynie przejawem czystego filmowego eskapizmu.
Gdyby tylko bracia Pastor skupili się na ukazywaniu moralnych i psychologicznych dylematów pojawiających się w umyśle człowieka, który dokonał takiego „przeniesienia świadomości” do innego ciała, „Klucz do wieczności” miałby potencjał na prawdziwe filmowe dzieło. Nawet przy przemożnej chęci reżysera Tarsema Singha i producentów, by z tej frapującej koncepcji zrobić efektowne kino akcji, pełne strzelanin i pościgów. Niestety, pełen dziur logicznych oraz naciąganych zwrotów akcji scenariusz jest najsłabszym elementem całości, sprawiając, że to, co mogłoby być fascynujące i zmuszające do refleksji, staje się jedynie przejawem czystego filmowego eskapizmu. Najbardziej jest to widoczne w przypadku rysu psychologicznego postaci, który przestaje się liczyć w chwili, gdy scenarzyści potrzebują posunąć akcję do przodu. Pierwszy Damian Hale, w wykonaniu Kingsleya, to manipulator, wyzyskiwacz i drapieżny kapitalista, który poświęcił życie na budowę finansowego imperium i nawet w obliczu śmierci nie ma zamiaru oddawać pola młodszym wersjom samego siebie. Gdy jednak Damian, już w postaci o wiele łagodniejszego i wzbudzającego więcej sympatii Ryana Reynoldsa, dowiaduje się, że ciało, które dostał, należało kiedyś do innego człowieka, przechodzi nagle ideologiczną przemianę. Staje się bojownikiem o sprawiedliwość i ludzką godność, który nie może znieść widoku pazernego na kasę, acz autentycznie wierzącego w misję „ratowania największych umysłów świata” naukowca, który dał mu nowe życie. Widz ma w to uwierzyć, bo inaczej nie byłoby opowiadanej historii.

Jak łatwo wywnioskować, żadne z „Klucza do wieczności” filozoficzne czy zajmujące science fiction, a centralna dla filmu koncepcja fizycznych i psychologicznych kosztów osiągania stanu nieśmiertelności nie skłoni widza do zadawania sobie niewygodnych pytań. Co jednak z gatunkowym sztafażem? Tutaj jest na szczęście o wiele lepiej, bowiem Singh („Cela”, „Magia uczuć”, „Królewna Śnieżka”, „Immortals. Bogowie i herosi 3D”), który nareszcie pozbył się irytującej potrzeby robienia z każdego kadru pamiętnego wizualnie ujęcia, oferuje solidnie zrealizowany i ciekawie zainscenizowany thriller akcji. Damiana-Reynoldsa ściga horda zawodowych zbirów, a ten efektownie sobie z nimi raz za razem radzi, bowiem, tak się akurat składa, we wcześniejszym wcieleniu był kimś w rodzaju komandosa. Czarnemu charakterowi należałaby się nagana za to, że nie wybrał do swojego projektu ciała jakiegoś tęgiego rolnika czy niezbyt śmiercionośnego kulturysty, ale jak już zostało wspomniane, „Klucz do wieczności” sprawdza się najlepiej, gdy widz nie próbuje wnikać głębiej w jego struktury oraz analizować postaci. Zapewniam, że można się na tym filmie całkiem nieźle bawić, pod warunkiem, że przyjmie się do wiadomości, że jest to B-klasowe kino akcji, które z jakiegoś powodu usilnie próbuje przekonywać widza, że jest inteligentnym, wytrawnym obrazem o meandrach życia.

ŹRÓDŁO: ONET

Albatros
Poprzedni

Nazywam się Charlotte Simmons - Wolfe bez pazura i werwy [recenzja]

Buck Brown DB
Następny

Humor z Playboya #2: Buck Brown [galeria NSFW]

Darek Kuźma

Darek Kuźma

Współpracownik Onet.pl

1 Comment

  1. 2015-07-25 at 18:27 — Odpowiedz

    Cały film Klucz do wieczności jest już w sieci, jak ktoś chce to wrzucam linka:

Dodaj komentarz