KINO / DVD 

Król życia – carpie diem [recenzja]

Gdyby tylko istniał przepis na komediowy sukces, wyglądałby zapewne, jak „Król życia”: popularni i utalentowani aktorzy, dobry pomysł jako punkt wyjścia, optymistyczne przesłanie jako punkt dojścia. W teorii brzmi świetnie, w praktyce… Cóż, recepta na sukces w kinie nie istnieje.

Robert Więckiewicz wielokrotnie dowiódł już, że posiada wielki talent tak dramatyczny, jak i komediowy. Bartek Topa, Magdalena Popławska i Krzysztof Czeczot również potrafią zagrać wszystko. Na papierze „Król życia” musiał prezentować się świetnie – może nie oryginalnie, ale wystarczająco dobrze, by zdać się wypełnieniem pewnej luki na naszym rynku filmowym, gdzie ciągle brakuje produkcji typu „feel good” – lekkich, poprawiających samopoczucie.

Głównym bohaterem jest Edward (Więckiewicz), czterdziestokilkuletni pracownik korporacji – facet pod krawatem, przed komputerem, godzinami przesiadujący w biurze typu open space i wstukujący w klawiaturę raporty pod dyktando szefa (Czezczot) z tysiącem haseł motywacyjnych na podorędziu. Trudno się Edwardowi dziwić, że ma tego dość i frustracja wylewa mu się uszami. Przekłada się to, oczywiście, na jego szczątkowe życie osobiste. Z żoną (Popławska) bliższy jest rozstania niż „żyli długo i szczęśliwie”, z córką kontaktu prawie nie ma. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia: Edward przypomina sobie, że życie to coś więcej niż znienawidzona robota.

Takie historie najlepiej się w komediach sprawdzają, ale też najtrudniej je opowiedzieć – tak, by zachować harmonię pomiędzy tym, co smutne i tym, co zabawne. By nie popaść w kicz. By widz nie czuł się oszukany.

Proste? Proste, dlaczego nie! Takie historie najlepiej się w komediach sprawdzają, ale też najtrudniej je opowiedzieć – tak, by zachować harmonię pomiędzy tym, co smutne i tym, co zabawne. By nie popaść w kicz. By widz nie czuł się oszukany i by bez chwili wahania zatopił się w przedstawionym świecie oraz podążył za jego mieszkańcami. „Król życia” tak bardzo jednak stara się być fajny i wyluzowany, tak pełen „mrugnięć okiem”, tak optymistyczny i „obeznany” z kinem komediowym, że dość szybko zaczyna w nim brakować pewnego oddechu i lekkości, zwykłej szczerości. Skaczemy od scenki do scenki, od skeczu do skeczu. Niektóre z nich – jak na tego typu film – są nazbyt kanciaste, nawet wulgarne. Inne – owszem, ujmują ciepłem i serdecznością (zakochałam się np. w wieczorze tanecznym, który Edward i Kapsel – Topa jako bezrobotny kumpel Edwarda z dawnych lat – przygotowują dla swoich żon), ale zdają się oderwane od reszty. Nie ma pomiędzy nimi jakiejś naturalnej narracyjnej płynności. To po prostu kolejne mniej lub bardziej udane numery, budzące większą lub mniejszą sympatię.

Dynamiczny i energetyzujący zwiastun rozbudził we mnie oczekiwania na inny film. Bardzo chciałam znaleźć się w obrębie 800 metrów, czyli odległości, na którą, wedle naukowców, zaraża szczęście. W czasie seansu najwyraźniej jednak stanęłam na 801. metrze. Widziałam uśmiech aktorów, reżysera, operatora, ich entuzjazm i radość tworzenia, ale na mnie się one nie przeniosły. Choć nie wykluczam, że dla widzów, którzy kiedyś pracowali w takich korporacjach jak Edward (dzisiejsze wyglądają jednak inaczej, w każdym razie te, z którymi osobiście miałam do czynienia), „Król życia” może być pewnego rodzaju katharsis.

ŹRÓDŁO: ONET

NYC_Subway_Times_Square kopia
Poprzedni

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (IV)

Universal Music
Następny

Crosseyed Heart - Keith Richards się bawi [recenzja]

Dagmara Romanowska

Dagmara Romanowska

Współpracowniczka Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz