KINO / DVD 

Legend – najbardziej brytyjski film gangsterski [recenzja]

Zbrodnicze życie braci Kray, czyli koncertowa rola Toma Hardyego, a w tle Londyn, którego dziś nie ma.
Takie filmy gangsterskie lubię najbardziej. Te pokazujące normalność życia, zwykłość, w którą nagle wkracza coś złego, a potem bohaterowie znów są miłymi chłopakami z East Endu.

Amerykanin Brian Helgeland podjął się zadania niewdzięcznego i na domiar złego – niebezpiecznego. Otóż zdecydował się opowiedzieć on światu historię londyńskich gangsterów celebrytów, braci Kray. Nie byłoby w tym nic niebezpiecznego (wszak obaj już nikomu krzywdy nie zrobią), gdyby nie drobny szczegół – w 1990 roku Peter Medak nakręcił o Krayach film i był to film genialny. Helgeland od początku podkreślał w wywiadach, że nie ma najmniejszego zamiaru konkurować z dziełem Medaka i chce opowiedzieć historię Reggiego i Ronniego Kray z innej perspektywy. I tu zaczęły się schody, Medak bowiem podprowadził mu perspektywę najlepszą i najciekawszą: narrację od strony matki. Scenarzysta „Tajemnic Los Angeles” musiał zatem stanąć na głowie i wymyślić jak inaczej opowiedzieć historię dwóch facetów, którzy uwielbiali mordować ludzi, rządzili Londynem, wiedli pokręcone erotyczne życie i byli przy tym absolutnie uzależnieni od tego co powie ich mama… Wymyślił. Pierwszy pomysł okazał się genialny – w roli bliźniaków obsadził Toma Hardy’ego. To co odstawia on na ekranie to po prostu poezja gry aktorskiej. Hardy do tego stopnia zatraca się w braciach, że chwilami mamy wrażenie, że gra ich dwóch aktorów. Jak ktoś w Wielkiej Brytanii napisał – Tom Hardy jest bodaj pierwszym w historii kina aktorem, który wytworzył na ekranie chemię między sobą.  Święta racja.

Drugi pomysł niestety okazał się ciut chybiony i jeśli coś zaniża wartość „Legend” to właśnie on, czyli narracja z punktu widzenia żony Reggiego. Koncentrując się na niej Helgeland siłą rzeczy musiał przekłamać historię Krayów i niestety tego wybaczyć mu nie mogę. W rzeczywistości bowiem Reggie nie był tak kochanym mężem jak tu pokazano. Różnice? A takie jak – ciągłe zdrady, spraszanie na orgie prostytutek, katowanie, emocjonalne szantaże… Bestialska część oblicza Kraya w relacji jego żony znika. Rozumiem zamysł reżyserski i akceptuję, ale kłóci się to z prawdziwym obliczem króla podziemnego Londynu.

Ale ta drobna skaza nie jest w stanie zepsuć całości filmu, który jest bodaj najbardziej brytyjskim filmem gangsterskim od czasu „Sexy Beast”. Nie chodzi tylko o akcent z jakim mówią bohaterowie,  a to jak Amerykanin poprowadził narrację. Kiedyś na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku George Harrison założył filmową wytwórnię Handmade Films. Produkował niewiele, ale to co robił zazwyczaj było rewelacyjne. W jego wytwórni zaś powstały takie obrazy jak genialny „Ten przeklęty piątek” i „Mona Lisa”. I o ten rodzaj narracji mi chodzi. Sposób pokazywania świata przesiąkniętego zbrodnią, w którym nie chodziło o epatowanie okrucieństwem a subtelne podkreślanie jego istnienia. Reasumując – żeby opowiadać o gangsterach nie trzeba wrzucać co chwila sceny strzelaniny, krwawego mordobicia a prowadzić narrację tak, aby okrucieństwo pojawiało się na kilka chwil, porażało swoim ogromem a potem świat wracał do normy. I to w „Legend” udało się znakomicie. Helegeland prowadzi swoją opowieść tak, że chwilami zapominamy o tym, że to film gangsterski. Ot życie szemranych typków… a potem nagle  pojawia się kilka ujęć, które burzą nasz spokój. Takie filmy gangsterskie lubię najbardziej. Te pokazujące normalność życia, zwykłość, w którą nagle wkracza coś złego, a potem bohaterowie znów są miłymi chłopakami z East Endu, którzy prowadzą rodzinną firmę. Firmę z którą lepiej nie prowadzić interesów.

Austin Book Club
Poprzedni

Romuald Pawlak: Dziesięć powieści mojego życia

Taurus Media
Następny

Żywe Trupy #23: Z szeptu w krzyk - zmiana formuły [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Magdalena
    2015-10-09 at 15:01 — Odpowiedz

    Cudowna recenzja Panie Robercie! Jestem pod wrażeniem. To najlepsza recenzja o tym filmie, jaką mogłam przeczytać!! :-)
    Co do Toma Hardy’ego – dużo osób obarcza go za niepotrzebną szarżę aktorską, a przecież Ronnie w jego wykonaniu to czysta epickość i popis zdolności aktora! Zagrał tę postać jakby karykaturalnie, ale właśnie taki był Ronnie. Tom jest naprawdę dobry. Myśli Pan, że przynajmniej nominacja mu się należy?:-)

Dodaj komentarz