KINO / DVD 

Legion samobójców – festiwal zmarnowanego potencjału [recenzja]

Dzieło Davida Ayera to ostateczny dowód na to, że dziś szefostwo jednej z najstarszej i najbardziej cenionej na świecie wytwórni filmowej straciło kompletnie wyczucie runku i nie rozumie czym jest kino.

„Legion Samobójców” zaczyna się koszmarnie. Oto pewna pani siada obok pewnego pana w restauracji i zaczyna mówić. – A zna pan tego? – pyta. I wyciąga kolejną teczkę z danymi, a przed oczyma widza ciągnie się filmowa miniaturka opowiadająca o życiu wybranych super złoczyńców. Ta rozbiegówka trwa blisko godzinę. Owszem – dowiadujemy się z niej kim są bohaterowie „Legionu samobójców” ale o fabule nie wiemy nic. Po godzinie film Ayera zamienia się z wyliczanki w opowieść o pojedynku z pewną wiedźmą. Ponieważ wcześniejsza nowelkowa (nazwijmy ją tak aby uniknąć gorszych epitetów) konstrukcja nie buduje żadnych relacji między postaciami i widzem, wielką finałową walkę ogląda się bez jakiegokolwiek zaangażowania, a wielkie poświęcenie jednej z postaci zamiast wywołać emocje, nudzi.

„Legion samobójców” w zasadzie trudno nazwać filmem, bo zapomniano w nim o większości elementów, które sprawiają, że mamy do czynienia z filmem fabularnym.

Nie. To nie jest dobry film. „Legion samobójców” w zasadzie trudno nazwać filmem, bo zapomniano w nim o większości elementów, które sprawiają, że mamy do czynienia z filmem fabularnym. Nie ma fabuły. Nie ma osi narracyjnej. Nie ma napięcia i nikt nie próbuje budować tu jakichkolwiek emocji. To co w zamian otrzymujemy, to katalogowy przegląd komiksowych super drani, przedstawionych tak, aby żaden widz nie mający pojęcia o tym kim są, zrozumiał o co z nimi chodzi. Zupełnie jakby macherzy z Warner Bros kompletnie przestali wierzyć w widza i wypracowane przez ostatnie sto lat techniki narracyjne, stawiając na teatralną prostotę konstrukcji i narracyjny chaos.

A wystarczyło przecież w jeden do jeden przełożyć tu konstrukcję takiej „Parszywej dwunastki” (film należący do Warnera) a całość trzymałaby się kupy i nadawała do oglądania. Zresztą przypuszczam, że Ayer, który zna się na robieniu kina i bliska mu jest estetyka Roberta Aldricha (twórca „Parszywej dwunastki”) na początku planował stworzyć taką współczesną komiksową wariację na temat tego klasycznego filmu. Tyle że niestety jego wizja filmu nie przypadła do gustu producentom, którzy „Legion samobójców” pół roku temu w całości przemontowali. I to widać. „Legion…” bowiem to twór filmopodobny, pozbawiony jakiegokolwiek wkładu reżysera panującego nad narracją.

Postaci pojawiają się tu i znikają, wątki wprowadzane są tylko po to aby były (w zasadzie nie wiadomo po co komu tu Joker, skądinąd bardzo dobrze wymyślony przez Jareda Leto), a całość zmierza donikąd. W dodatku w kilku momentach bohaterowie zaczynają sami sobie przeczyć, zaś finał wzbija się na wyżyny braku logiki i scenariuszowej niekonsekwencji. Czy Ayer planował taki chaos realizacyjny? Nie sądzę. Czuć tu rękę mądrzejszego od reżysera pana od Excela, który stał nad twórcami krzycząc – tu wrzućcie dowcip, tu trochę seksu (ale nie za dużo, to dla dzieci), a tu zróbcie cokolwiek, żeby tylko było więcej Willa Smitha.

I jest. Jako producencki produkt „Legion samobójców” spełnia wszystkie potrzeby studia i DC Comics. Mamy wachlarz postaci, widz dostaje ich życiorysy podane na talerzu, tylko w tym wszystkim zniknęło – narracja i napięcie. Szkoda bo i Harley Queen jest fajna i pojawia się tu kilka dobrych żartów. Ale nawet najseksowniejsza super dranica nie byłaby w stanie uratować „Legionu samobójców” przed utonięciem w morzu chaosu. Szkoda – „Legion samobójców” w efekcie to modelowy przykład zmarnowanych filmowych szans.

J.P. Fantastica
Poprzedni

One-Punch Man #3 - licencja na superbohaterstwo [recenzja]

summoner_wyprawa
Następny

Summoner #2: Wyprawa - fenomen potwierdzony [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz