KINO / DVD 

Londyn w ogniu – krew, wybuchy i Gerard Butler [recenzja]

Jeśli tęskniliście za kinem akcji pełnym głośno wypowiadanych przekleństw, krwi i wybuchów, to „Londyn w ogniu” was nie zawiedzie. Babak Najafi naoglądał się starych filmów sensacyjnych z lat 80. i dostarczył nam rozrywki na podobnym poziomie.

 

„Olimp w ogniu”,  czyli pierwsze spotkanie z bohaterskim agentem Secret Service, Mike’iem Banningiem okazał się jednym z największych hitów roku 2013. Widzom nie przeszkadzały podobieństwa do „Szklanej pułapki” (agent zamknięty w Białym Domu ratuje zakładników). Przeciwnie – byli stęsknieni za mocnym kinem sensacyjnym, którego bohater bezlitośnie, ale z wdziękiem, zabija terrorystów. Trzy lata później Mike powraca. Tym razem eskortuje prezydenta Stanów Zjednoczonych podczas wyjazdu na pogrzeb premiera Wielkiej Brytanii. Na miejscu okazuje się, że pogrzeb to pułapka, w którą zwabiono głowy największych państw świata. Jedynym który może ocalić świat przed terrorystami i chaosem jest oczywiście Mike.

Czegoż tu nie ma. Wysadzona zostaje Katedra Westminsterska, gnie prezydent Francji, kanclerz Niemiec i oraz (jakżeby inaczej) uwodzący młodą kobietę premier Włoch. Londyn zostaje odcięty od prądu a praca policji kompletnie sparaliżowana. Mike zaś ma zaledwie kilka godzin na odkrycie kim są terroryści i wybicie ich wszystkich w pień. Zanim oni zabiją jego i prezydenta.

Debiutujący w Hollywood szwedzki reżyser Babak Najafi (m.in. „Szybki cash II”) czuje kino akcji rodem z lat 80. doskonale, stąd też mamy tu masę krwawych scen, które przeplatane są żarcikami tak słownymi (i to często rasistowskimi, bądź homofobicznymi), jak sytuacyjnymi. Niemal jak w „Cobrze” czy „Commando”.  Garściami cytuje on tu ujęcia a to z filmów Johna Carpentera, a to z dzieł Enzo G. Castellariego (Londyn wygląda tu jak Bronx z jego „Ucieczki z Bronxu”). Do tego mamy tu naprawdę niepoprawne politycznie, brutalne sekwencje przesłuchań, na czele z moją ulubioną, czyli podciąganiem się Mike na terroryście za pomocą noża. No i polityka – czasami można odnieść tu wrażenie, że Ronald Reagan znów jest prezydentem, a Stany zbawią świat.

A zatem kolejny film akcji przypominający o brutalnych korzeniach tego gatunku? Niestety nie do końca. Efekt ten psują dwie rzeczy. Po pierwsze zupełnie niepotrzebne intro, które łopatologicznie tłumaczy, kim są terroryści. Po drugie – efekty CGI. Komputerowe wybuchy kompletnie nie pasują do retro sekwencji scen walk i strzelanin w mieście i psują całość. Tak więc jest „Londyn…” filmem pękniętym. Chce być retro sensacyjnym mordobiciem z charyzmatycznym bohaterem, ale używa do tego zbyt często współczesnej techniki. Nie obniża to drastycznie chłopięcej przyjemności płynącej z oglądania, ale irytuje i sprawia, że w „Londynie…” czuć nutę fałszu.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że jeśli właśnie obejrzeliście „Deadpoola” czy „Johna Wicka” i macie ogromną ochotę na podobne w klimacie bezczelne mordobicie – oto film dla was. Radośnie głupiutki, ale za to pełen testosteronu, wybuchów i samczych żartcików. Jak za dawnych dobrych czasów.

Taurus Media
Poprzedni

Orbital #6: Opór - zmiana równowagi geopolitycznej [recenzja]

Odwrócony świat
Następny

Odwrócony świat - wczesne rozpoznanie chwiejnej natury rzeczywistości [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz