KINO / DVD 

Lost After Dark – filmowy sampling lat 80. [recenzja]

Po serii slasherów bawiących się w pastisz lat 80. pojawił się nareszcie horror, który nie próbuje być zabawą. „Lost After Dark” to klimatyczny hołd tak dla lat 80., jak pierwszej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Problem jest jeden – hołdując estetyce Kessner popełnia te same błędy, które popełniali twórcy takich serii jak choćby „Piątek 13-tego”.

Ian Kessner pośród wielbicieli horroru uchodzi za tego, który porwał się na realizację nowej wersji „Karnawału dusz”. Co do końca prawdą nie jest. Film i tak był okropny, a Kessner został zatrudniony przez Wesa Cravena, do ratowania całości. Ale nawet zrobione przez niego dokrętki nie pomogły. Nowy „Karnawał dusz” był jednym z najgorszych filmów w historii gatunku. Kanadyjski twórca zaś przytomnie nie wpisuje tego dzieła do swojej filmografii. A „Lost After Dark” to tak naprawdę jego pierwszy autorski film kinowy.

Choć z tym określeniem autorski, to trochę przesada. Kessner bowiem idąc tropem Quentina Tarantino, jako fan horrorów zmontował swój debiut z cytatów. Ładnie i zgrabnie zaadaptowanych na potrzeby pretekstowej fabuły.

„Lost After Dark” przenosi nas do lat 80. Oto grupka nastolatków wybiera się rozklekotanym autobusem na imprezę. Ponieważ pojazd sprawia problemy, jak łatwo się domyślić – na środku pustkowia psuje się definitywnie, a nasi bohaterowie zamiast w spokoju czekać na świt, pójdą szukać pomocy. Znajdą dziwny dom, tajemniczy ołtarz, a wtedy nagle przypomną sobie miejską legendą o rodzinie kanibali. To tyle fabuły. Kto widział choć kilka filmów grozy z gatunku slasher wie, jak dalej akcja się potoczy. Pytanie zatem – słuszne – po co to oglądać? I tu łatwej odpowiedzi nie ma. To dość szczególny film – stworzony przez fana, z myślą o fanach.

Wielbiciele kina w stylu maniak goni półnagie studentki, będą konać z rozkoszy wyławiając cytaty (pięknie przerobiona puenta „Teksańskiej masakry…”, sceny ze „Sleepaway Camp”), nawiązania (każda postać nosi tu imię ku pamięci wielkich twórców horrorów i ikonicznych postaci) czy wreszcie zabawne cameo (w tym Ricka Rosenthala – twórcy m.in. „Halloween 2”). Kessner odrobił też lekcję gatunku na poziomie realizacji. Krew tryska tu strumieniami, wiertarki wbijają się w ciała, mięso jest gryzione… Wielkie brawa należą się scenografowi i kostiumologowi za wyszukanie ubrań i przedmiotów z epoki.

Problem z „Lost After Dark” polega na tym, że Kessner w przeciwieństwie do Tarantino, poza zręcznym samplingiem nie dodał nic od siebie. My – wychowani na filmach z epoki, jego produkcję docenimy i obejrzymy z zaciekawieniem, ale dla kogoś, kto albo nie ma pojęcia o gatunku, albo po prostu nigdy się tym nie interesował, ten film będzie nudnym, okrutnym, ale i sztampowym horrorem klasy „B”. I to najbardziej boli. Że tyle pracy i energii włożono w film, który spełnia się tylko na jednej płaszczyźnie – zabawy dla fanów. Poza nimi, przeciętny widz z „Lost…” zbyt wielkiej pociechy mieć nie będzie.

Uroboros
Poprzedni

Król kruków #3: Wiedźma z lustra [fragment]

Egmont
Następny

Wiedźmin: Dzieci Lisicy - Najbardziej lubimy piosenki, które znamy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz