KINO / DVD 

Lost River – wysmakowana wizualnie filmowa wydmuszka [recenzja]

Ryana Gosling mimo statusu symbolu seksu i najbardziej pożądanego mężczyzny świata, zamiast uwodzić swoje fanki ciałem i smutnymi minami, postawił na inteligencję. Cieszy jego wiara w to, że nie jest najładniejszym elementem filmów w których się pojawia, żal jednak, że ograniczył się tylko do próbowania.

Na „Lost River” wylano już wiadro pomyj i nie ma sensu dokładać tu kolejnego. Więc tym razem będzie szybko. Debiut reżyserski Goslinga to jakby duchowy bliźniak takiego „Tylo Bóg wybacza” Refna. Widać, że aktor podziwia filmową, oniriczną estetykę swojego przyjaciela i postanowił tworzyć w podobnym duchu. Prościutką zatem opowieść o matce dwóch synów, która z biedy zostaje zmuszona do pracy w podejrzanym klubie i jej starszym synu, który popada w konflikt z  psychopatycznym Bullym, Gosling komplikuje jak tylko może opowiadając ją wymyślnymi, ale i pięknymi kadrami.

Gosling wie jak łączyć ze sobą obrazki i dźwięk, tak aby budowały one klimat rodem z koszmarnego snu pretensjonalnego nastolatka.

Scenariusz i dialogi „Lost River” zajmują zapewne około pięciu stron, reszta to ciąg obrazów. Widać tu przeogromny wpływ Davida Lyncha, Terrenca Malicka, Mario Bavy, wspomnianego Refna. Gosling uczniem pojętnym jest, to nie ulega wątpliwości i wie jak łączyć ze sobą obrazki i dźwięk, tak aby budowały one klimat rodem z koszmarnego snu pretensjonalnego nastolatka (którym większość z nas była). Problem „Lost River” polega na tym, że  poza obrazkami  Gosling nie ma nic więcej do powiedzenia. Historia jest tu kompletnie niezborna i nieciekawa (mimo iż wydawałoby się archetypiczna), aktorzy są zbędnym dodatkiem do kadrów, a całość galopuje w stronę wniosków dotyczących życia jakie wyciągamy zazwyczaj gdzieś tuż przed maturą (świat to dziwne, złe, niesprawiedliwe miejsce, w którym trzeba sobie radzić w dziwny, czasami zły i niesprawiedliwy sposób). Nie mniej jednak jest coś w „Lost River” fascynującego. Drobne ujęcia chłopca biegnącego pustą autostradą, miasto zamienione w dżunglę. Ładne to zdjęcia. Śliczne wręcz. Jakby pojawiły się w jakimś teledysku dajmy na to Soulsavers czy Unkle byłbym urzeczony i oglądał bezustannie. Tu jednak nie chce mi się przewijać. Ale klipy w wykonaniu Goslinga bym zobaczył.

art. Victor Hugo Queiroz
Poprzedni

Superbohaterowie nie istnieją

UIP
Następny

Ted 2 - bez litości, bez skrupułów [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz