KINO / DVD 

Love – miłość, sperma i cała reszta [recenzja] [dramat]

Gaspar Noe w „Love” porwał się na temat niebywale trudny – poprzez seks ukazać zawiłość relacji międzyludzkich. Zapomniał jednak o tym, że długość penisa, nie jest miarą głębokości uczuć.

„Love” trafiało do kin w atmosferze skandalu. Oto film nakręcony w  technice 3D, w którym pełno scen nieudawanego seksu, a nasienie przelatuje nad głowami widzów. Pierwsze porno 3D? Nie. W 2011 roku w Hong Kongu głośno było o produkcji „Sex i Zen w 3D – ekstremalna ekstaza”. Grały w niej aktorki porno, opowiadała o kobiecie odkrywającej seksualność, a całość zrealizowana była w 3D. Tyle, że poza zainteresowanymi historią kina, nikt o tym filmie nie wie. „Love” niestety czeka podobna przyszłość.

Noe miał pomysł ambitny. Chciał opowiedzieć o sobie i własnej historii miłosnej, w której seks był siłą sprawczą. Murphy student filmówki zostanie ojcem. Dziecko to efekt wpadki i przy okazji zdrady. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego była od dłuższego czasu nie daje znaku życia. Tak zaczyna się podróż poprzez wspomnienia pełne seksu i emocji. No prawie emocji – w „Love” seks owszem, jest nieudawany, ale o jakichkolwiek emocjach mowy nie ma.

Wydaje mi się, że w życiu każdego faceta przychodzi taki moment, iż czuje on nieodpartą potrzebę opowiedzenia o swoim życiu erotycznym. Nie ma w tym niczego złego (chyba, że było to niebywale nudne życie erotyczne), o ile poza chęcią, istnieje jakikolwiek pomysł na opowieść. We współczesnym kinie mieliśmy już kilka „odważnych” filmów o „pokoleniowej” emocjonalnej pustce i życiu opartym na seksie. Sięgając tylko czasów najnowszych – Patrice Chereau dla przykładu stworzył arcydzieło „Intymność”, zaś Michael Winterbottom niestrawne nic, czyli „9 Songs”. W obu filmach mieliśmy nieudawany seks, ejakulacje, penetrację i wszystko czego zazwyczaj spodziewamy się zobaczyć w filmie porno. Tyle, że Chereau, posiłkując się świetnym scenariuszem napisanym wspólnie z Hanifem Kureishi, seks zepchnął na boczny tor. W „Intymności” służył on jedynie temu, aby pokazać jak silne pożądanie zaistniało między postaciami, zaś reszta historii była opowieścią o konsekwencjach tego pożądania. Tym jak odbiera ono zdolność racjonalnego myślenia i niszczy wszystko, i wszystkich dookoła. Podobną historię chciał opowiedzieć Winterbottom – tyle, że jego historia o związku pewnej pary opartym tylko na seksie, w zasadzie ograniczała się do erotycznej ekwilibrystyki i serii ujęć penisa we wzwodzie. Seks jest fajny, seks jest atrakcyjny, ale sam seks nie buduje historii. Nie jest jej twardym, nomen omen, fundamentem.

Ten  błąd popełnia też Noe. Jego „Love” teoretycznie miało opowiedzieć o skrajnie nieodpowiedzialnych ludziach, dla których seks był sensem i tym jak rzeczywistość (w tym wypadku ciąża) obnaża pustkę życia dla ekstazy. Owszem, zatrudnieni tu naturszczycy w scenach erotycznych wypadną świetnie, ale nic z tego nie wynika. To znaczy wynika – w kinie mieliśmy okazję popatrzeć na ejakulację 3D. Jeśli to był jedyny cel filmu, udało się (aczkolwiek na DVD nie możemy tego docenić). Ale nie sądzę, aby Noe, obnażając siebie, chciał całą opowieść sprowadzić do poetyki porno. Po prostu gdzieś po drodze zgubił się sens historii.

Największym problemem „Love” jest zatem brak dystansu i zrozumienia. Bo seks, nawet najbardziej mechaniczny, w końcu do czegoś prowadzi. Nieważne czy do tragedii, pustki, czy życiowej rewolucji. Wydawałoby się, że każdy średnio rozgarnięty człowiek wraz z upływem czasu zaczyna w swoich decyzjach widzieć pewną prawidłowość i logikę. Nawet jeśli uprawiał seks z wszystkim, co się rusza, dla samego seksu, coś sprawiało, że takowe decyzje podejmował. Kompleksy, brak akceptacji siebie, zagubienie, pustka. Cokolwiek. Brak refleksji nad mechanizmem świadczy tylko o tym, że pewne tematy wciąż nie zostały przepracowane, a Noe nie rozumie siebie i podobnie jak jego bohaterowie wciąż nie wie, czego chce.  Co więcej, gdy próbuje w „Love”  nadawać głębię decyzjom podejmowanym przez postaci, popada w banał. Prawdą, jest oczywiście, że nasze życia są banalne, a to co robimy jest w gruncie rzeczy niebywale proste. Prawdziwą sztuką jest zdolność opowiadania o banale życia i seksu w niebanalny sposób. W „Love” niestety się nie udało. W efekcie powstał film, owszem odważny, ale nudny. Sceny erotyczne po pewnym czasie zaczynają nużyć, a widz czuje się oszukany. „Love” bowiem nie jest ani uczciwym pornosem, ani wiwisekcją uczuć i relacji. Jest za to filmową błyskotką. Nudną ejakulacją 3D, która równie dobrze mogłaby wyjść spod ręki Michaela Baya. Tak, tego samego pana, który namiętnie kręci kolejne odsłony „Transformers”. „Love” to bowiem takie „Transformers” w wersji porno. Wszystko tu sprowadza się do efektów, które po półgodzinie nudzą, a fabuły i postaci jak nie było – tak do końca nie ma.

 

Ralph McQuarrie Star Wars DB
Poprzedni

Ralph McQuarrie - concept arty do Star Wars [galeria]

Wydawnictwo Literackie
Następny

Krwawy południk - po prostu arcydzieło [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz